126. „Olej Lorenza” George Millera


Tytuł: „Olej Lorenza
Tytuł oryginalny: „Lorenzo’s Oil”
Reżyser: George Miller
Główne role: Nick Nolte, Susan Sarandon, Zack O’Malley Greenburg, Peter Ustinov
Premiera w Polsce: 31 grudnia 1992
Gatunek: Dramat, biograficzny
Czas trwania: 2 godziny 9 minut
Moja ocena: 8/10

Słyszeliście kiedyś o chorobie o nazwie Adrenoleukodystrofia, zwanej potocznie ALS? Kilka lat temu w polskich czasopismach można było przeczytać o dwóch braciach, Sylwku i Kryspinie, którzy byli prawdopodobnie jedynymi Polakami, cierpiącymi na to rzadkie schorzenie genetyczne. Szczególnie uderzał opis rozwoju ALS u starszego z braci – Sylwka. Chłopiec w wieku 7 lat zaczął się cofać w rozwoju, kilka miesięcy później był już jak roślinka, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Jak dotąd nie znaleziono skutecznego lekarstwa na tą straszną chorobę, jedynym ratunkiem dla dzieci nią dotkniętych jest kuracja bardzo drogą substancją sprowadzaną z Wielkiej Brytanii o nazwie „Olej Lorenza”. Sylwek zmarł w lipcu 2007 roku, co się stało z jego bratem nie wiadomo.

Podobną historię możemy zobaczyć w filmie z 1992 roku, „Olej Lorenza”. Jego akcja zaczyna się w 1983 roku, kiedy Augusto Odone kończy swój kontrakt na Komorach. Do miejscowej szkoły uczęszcza jego jedyny syn, pięcioletni Lorenzo. Chłopiec jest niezwykle inteligentny i ogólnie lubiany przez tamtejsze dzieci. Wkrótce wraz z rodzicami wraca do Waszyngtonu. Po roku nauczyciele zauważają u chłopca niepokojące zachowanie – jest agresywny wobec ich oraz szkolnych kolegów. Sugerują rodzicom, że Lorenzo cierpi na ADHD. Tymczasem stan zdrowia chłopca pogarsza się – stopniowo traci koordynację ruchową, coraz częściej jest rozkojarzony. Po serii kompleksowych badań lekarze stawiają tragiczną diagnozę: syn Odonów cierpi na nieuleczalną chorobę polegającą na uszkodzeniu mózgu w taki sposób, że włókna nerwowe tracą zdolność do przewodzenia impulsów nerwowych. Zgodnie z prognozami lekarzy Lorenzo stopniowo tracił zdobyte wcześniej umiejętności życiowe. Jego ojciec chce jednak za wszelką cenę znaleźć sposób na uratowanie synka. Spędzając całe dnie w bibliotekach wpada na pomysł wyprodukowania specjalnej mieszanki olejów, powodujących zmniejszenie nasycenia tłuszczów we krwi chorych(co było główną przyczyną rozwoju u nich choroby). Ku zdziwieniu wszystkich, nie dość, że kuracja zaczęła działać, to jeszcze cofnęła niektóre zmiany w mózgu Lorenza.

Lorenzo Odone to autentyczna postać, która w wieku kilku lat zachorowała na tą straszną chorobę. Jednak dzięki determinacji swoich rodziców żył o wiele dłużej, niż zakładali rodzice. Lorenzo zmarł 30 maja 2008 roku, w wieku 30 lat wskutek zachłystowego zapalenia płuc. Przeżył tym samym nawet swoją własną matkę, która odeszła zaledwie osiem lat wcześniej. Zresztą chyba każdy chciałby mieć takich rodziców jak Augusto i Michaela Odone. Owszem, na początku załamali się słysząc diagnozę lekarzy, ale po przejściu pierwszego szoku zaczęli szukać ratunku dla swojego jedynego dziecka. Brali urlopy w pracy, nie posiadając żadnej wiedzy chemicznej studiowali fachową literaturę, spotykali się z rodzicami innych chłopców dotkniętych tym schorzeniem, dzielili się spostrzeżeniami na temat terapii zaleconych ich synom.

Sięgając po tą pozycję bałam się, że jej reżyser, George Miller, zacznie mnie bombardować chemicznymi terminami, z którymi zawsze byłam na bakier. Tymczasem otrzymałam bardzo piękną opowieść mówiącą o tym, że każdy wysiłek zostanie kiedyś nagrodzony. A wysiłek Odonów został nawet wynagrodzony niezliczoną ilość razy – nie da się obliczyć ilości osób, którym pomógł Olej Lorenza. Jedno jest jednak pewne, wprowadzony do diety dziecka w odpowiednim momencie potrafi zdziałać cuda. Augusto Odone, pomysłodawca oleju, zmarł rok temu. Z całą pewnością tam, na górze, rzesze chłopców którzy zmarli na ALS dziękuje mu za danie szansy na zahamowanie choroby. Czy jest wśród nich nasz Sylwuś? Oby.

122. „Trzy życzenia” Marthy Coolidge


Tytuł: „Trzy życzenia
Tytuł oryginalny: „Three Wishes” 
Reżyser: Martha Coolidge
Główne role: Patrick Swayze, Mary Elizabeth Mastrantonio, Joseph Mazzello, Seth Mumy
Premiera w Polsce: 27 października 1995
Gatunek: Obyczajowy, fantasty
Czas trwania: 1 godzina 54 minuty
Moja ocena: 8/10

Lubię od czasu do czasu obejrzeć dobry film obyczajowy, który przedstawia codzienne życie ludzkie, a zarazem niesie za sobą jakieś przesłanie. Nie ważne, czy jest  produkcji polskiej, angielskiej, czy też amerykańskiej. Ważne, aby motywował mnie w jakiś sposób do działania.

„Trzy życzenia” w reżyserii Marthy Coolidge oglądałam dawno temu w telewizji. Pamiętam, że niezwykle mnie poruszył, chociaż nie do końca kojarzyłam jego treść. Już od jakiegoś czasu chciałam go jeszcze raz zobaczyć, ale jakoś nie mogłam go wypaczyć w tygodniowej rozkładówce telewizyjnej. Zaczęłam więc szukać go w sieci. Nie było to łatwe, ponieważ większość portali oferowała go za drobną opłatą. Na szczęście na x stronie znalazłam go z możliwością pobrania na własny dysk nie dość, że za darmo, to jeszcze bez potrzeby rejestrowania się.

Lata 90 ubiegłego wieku. Tom wraz z rodziną jedzie samochodem jedną z amerykańskich autostrad. Nagle na ich drodze pojawia się pies łudząco podobny do tego, jakiego poznał blisko pół wieku wcześniej. Do mężczyzny zaczęły docierać wspomnienia z dzieciństwa.

Jest rok 1955. W jednym z niewielkich amerykańskich miasteczek mieszka rodzina Holmanów – Jeanne wraz z synami, Tomem i Guntherem. Kobieta samotnie wychowuje dzieci, ponieważ jej mąż zginął kilka lat wcześniej w Korei. Chociaż jego ciała nigdy nie odnaleziono rodzina często odwiedza jego symboliczny grób na miejskim cmentarzu. Pewnego razu w czasie drogi powrotnej Jeanne potrąca tajemniczego wędrowca Jacka, któremu towarzyszy suczka o imieniu Betty Jane. Targana wyrzutami sumienia kobieta zabiera włóczęgę na czas rekonwalescencji do swojego domu. Początkowo nieufni chłopcy z czasem zaprzyjaźniają się z Jackiem i jego psem. Tymczasem nad rodziną Holmanów zbierają się czarne chmury – u kilkuletniego Gunthera lekarze diagnozują nowotwór, w drużynie bejsbolowej Tom zaczyna mieć kłopoty z rówieśnikami, a także z trenerem. W tych ciężkich chwilach Jack staje się prawdziwą ostoją i wsparcie dla swoich chlebodawców. Tom, któremu mężczyzna zastępuje nieżyjącego ojca ma nadzieję, że ta sytuacja będzie trwała zawszę. Niestety, wraz z dojściem do zdrowia mężczyzny, Jack oznajmia rodzinie, że musi wyruszyć w swoją dalszą wędrówkę. Jako zapłatę za opiekę obiecuje spełnić po jednym życzeniu każdego z członków rodziny.

Niezwykłą wymowę mają owe trzy życzenia. Mały Gunther ma zupełnie niezrozumiałe dla dorosłych marzenia. Na początku chciał być fajerwerkiem, ponieważ leżąc w łóżku często wydawało mu się, że przenosi się w zupełnie inne miejsce, na przykład do dżungli. Towarzyszyły temu właśnie fajerwerki. Jednak po rozmowie z Jackiem zmienia zdanie i chce zobaczyć z bliska sztuczne ognie. Zrozpaczona chorobą syna Jeanne prosi o zdrowie dla Gunthera. Bez życzenia pozostaje obrażony na Jacka Tom, dlatego wędrowiec wypowiada je za niego – chce, aby chłopiec cieszył się ze swojego życia. Życzenia w cudowny sposób spełniają się. Podczas festyny Gunther za pomocą niezwykłej siły leci do fajerwerków rozbłyskujących na niebie, potem cudownie zdrowieje. Ale zdarza się też coś zupełnie nieoczekiwanego, po wielu latach do domu powraca ojciec chłopców.

Oglądając film wiele razy wzruszałam się do łez. Chociaż widzowie kojarzą Patricka Swayze’go z roli w  „Dirty Dancing”, ja zawsze będę go identyfikowała z Jackiem z „Trzech życzeń”. Film pokazał mi, że warto pomagać innym, a przede wszystkim warto mieć marzenia. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się spełnić.

92. „Mój biegun” Marcina Głowackiego


Tytuł: „Mój biegun
Reżyser: Marcin Głowacki
Główne role: Maciej Musiał, Magdalena Walach, Bartłomiej Topa
Premiera w Polsce: 25 października 2014
Gatunek: Biograficzny, dramat obyczajowy
Czas trwania: 1 godzina 33 minuty
Moja ocena: 9/10

Każdy z nas zna historię Jaśka Meli, niepełnosprawnego chłopca z Malborka, który w ciągu jednego roku zdobył dwa bieguny na kuli ziemskiej. Wzruszaliśmy się słysząc o sposobie, w jaki stał się kaleką – jak podczas deszczowego letniego popołudnia wszedł z kolegom do otwartej budki z prądem, który przez przypadek poraził trzynastoletniego chłopca. Ale czy wiemy ile go kosztowało dojście do takiej sprawności, w jakiej możemy go dzisiaj obserwować?

„Mój biegun” to kolejny film z cyklu „Prawdziwe historie” wyprodukowany przez telewizję TVN. Seria opowiada o wydarzeniach, którymi żyła cała Polska. Po historii Krzysztofa Olewnika, uczniów tyskiego liceum, którzy zginęli pod lawiną w Tatrach, Zbigniewa Nowaka zasypanego w rudzkiej kopalni węgla „Halemba”, Przemysława Salety oraz Agaty Mróz – Olszewskiej przyszła pora na opowiedzeniu wszystkim o Jaśku Meli. Nie będę ukrywać, że byłam niezwykle ciekawa efektu końcowego, tym bardziej, że czytałam sporo o tej postaci.

Akcja filmu zaczyna się pewnego letniego dnia nad wodą. Na plaży bawi się czwórka rodzeństwa – dziewięcioletni Jasiu, dwa lata młodszy od niego Piotruś, czteroletnia Agatka oraz roczna Dorotka. Pilnują ich troskliwi rodzice – Urszula oraz Bogdan. W pewnym momencie Piotruś, który był pod opieką brata, znika. W oddali Jasiu widzi pływający niebieski materacyk, na którym ostatni raz widział braciszka. Przerażony zaczyna krzyczeć. Pomimo błyskawicznej akcji ojca, siedmiolatek umiera. Bogdan podświadomie oskarża o śmierć młodszego synka Jaśka, chociaż mu tego nie mówi. Zresztą chłopiec i tak czuje się winny.

Mija kilka lat. Jasiek jest uczniem gimnazjum i przeżywa okres buntu. Jego relacje z rodzicami, a zwłaszcza z ojcem są bardzo napięte. Pewnego popołudnia, pomimo zakazu Bogdana, wymyka się z domu i jedzie na rowerze pograć z kolegami w kosza. Radosną zabawę przerywa burza. Chłopiec wraz z kolegą chowa się przed nią do otwartego transformatora. Tam dochodzi do tragedii – kiedy Jasiu dotyka niezabezpieczonych kabli, jego ciało przeszywa prąd. Ostatkiem sił dochodzi do rodzinnego domu, w którym wybija szybę, aby wejść do środka. Bogdan w pierwszej chwili jest wściekły na syna, ale gdy widzi w jakim jest stanie, jedzie z nim do lekarza. Tam dowiaduje się prawdy. Rozpoczyna się walka z czasem, aby uratować nie tylko zdrowie, ale i życie chłopca, który zostaje przetransportowany do szpitala w Gdańsku. Po trzech miesiącach lekarze podejmują decyzję o amputacji lewej nogi oraz prawej ręki. Nastolatek podejmuje niełatwą walkę o jak największą sprawność. Wspierają go w tym kochający rodzice. Kiedy popada w depresję, na jego drodze staje niezwykły człowiek, Marek Kamiński. Proponuje chłopcu wyprawę, która zmieni jego życie…

Film, chociaż mi się bardzo podobał, nie do końca spełnił moje oczekiwania. Spodziewałam się na więcej miejsca poświęconego samej wyprawie na bieguny, tym czasem została ledwo co wspomniana. Na końcu zaś pojawiła się informacja, że Jasiu jest pierwszym niepełnosprawnym, który w ciągu roku zdobył dwa bieguny. Zbyt dużo natomiast było dla mnie scen z życia przed wypadkiem chłopca. Chociaż, nie powiem, te przedstawiające tragiczny pobyt rodziny nad jeziorem akurat uważam za jak najbardziej trafne.

Przez cały czas przyglądałam się grze aktorskiej. O ile jeszcze przemawiała do mnie rola Maćka Musiała jako Jaśka(choćby ze względu na fizyczne podobieństwo), albo stanowczość Bartłomieja Topy jako ojca, o tyle rola Magdaleny Walach jako mamy zupełnie mnie nie pociągła. Być może dlatego, że aktorka wydawała mi się za młoda?

Ogólnie film był ciekawy, miło się go oglądało. A przede wszystkim pokazał, że warto marzyć. Bo marzenia czasami się spełniają…

53. „Ojciec Giovanni – Jan XXIII”/”Jan XXIII. Papież pokoju” Giorgio Capitani’ego

Tytuł: „Ojciec Giovanni-Jan XXIII”/”Jan XXIII. Papież pokoju
Tytuł oryginalny: „Papa Giovanni. Ioannes XXIII” 
Reżyser: Giorgio Capitani
Główne role: Edward Asner, Massimo Ghini Claude Rich
Premiera w Polsce: 24 kwietnia 2014
Gatunek: Biograficzny, religijny
Czas trwania: 3 godziny
Moja ocena: 8/10

Kanonizacja Jana Pawła II nieco przyćmiła drugą kanonizację, która przypada tego samego dnia – papieża Jana XXIII. To o papieżu Polaku mówi się w mediach, to o nim puszczają filmy zarówno fabularne, jak i dokumentalne. O drugim przyszłym świętym są co najwyżej pobieżne wzmianki. Że był. Ale czy to wystarczy?

                Bardzo się cieszę, że Telewizja Polska puściła w dniach poprzedzających uznanie Jana XXIII za świętego, fabularyzowany film przedstawiający postać weneckiego kardynała Angelego Giuseppe Roncalliego, który po wyborze na papieża w 1958 roku, przyjął imię Jan XXIII.

                Akcja filmu rozpoczyna się w małej włoskiej miejscowości w końcu XIX wieku. Mały Angelo obserwuje biedę, która zmusza jej mieszkańców do masowej emigracji z miejsca zamieszkania. W tym samym czasie zaprzyjaźnia się z miejscowym księdzem, który otwiera przed chłopcem tajniki wiary katolickiej. W Angelo powoli rodzi się myśl, aby w przyszłości zostać księdzem i pomagać biednym i opuszczonym ludziom. Jego dziecięce marzenie z biegiem lat spełnia się. Angelo kończy kolejno gimnazjum, liceum i studia teologiczne. Dzięki swoim wynikom w nauce zostaje przeniesiony do papieskiego seminarium św. Apolinarego w Rzymie.

                Po otrzymaniu święceń  kapłańskich zostaje sekretarzem biskupa Bergamo, a z czasem zdobywa tytuł nuncjusza apostolskiego w Paryżu. W 1953 roku ówczesny papież mianuje go kardynałem oraz patriarchę Wenecji. 28 października 1958 zostaje wybrany na następcę świętego Piotra i przyjmuje imię Jana XXIII.

                Od tego momentu przez kolejnych 5 lat pełni funkcję najwyższego zwierzchnika w Kościele Katolickim. Okres trwania pontyfikatu zaskoczył niejednego, ponieważ z racji na wiek kardynała(w chwili wyboru na papieża miał  77 lat) sądzono, że będzie to pontyfikat przejściowy, trwający 2-3 lata. Jednakże tych 5 lat było niezwykle owocnych – papież odwiedzał chorych w szpitalach oraz osadzonych w więzieniach. Podczas jednej z rozmów z ministrantami, którzy służyli mu do Mszy stwierdził, że lepiej wyglądałoby odprawianie nabożeństw przodem do wiernych. Był to jeden z powodów zwołania Soboru Watykańskiego II. Apelował w nim również o sposób rozmawiania z ateistami oraz odprawiania liturgii w językach ojczystych.

                Niestety, nie dane mu było zakończyć obrad Soboru. Trwające od kilku miesięcy bóle żołądka były spowodowane rozwijającą się chorobą nowotworową. Umierający papież zdążył jeszcze napisać encyklikę, w której apelował o pokój na całym świecie oraz spotkać się z córką i zięciem Nikity Chruszczowa. Kobieta dostała wtedy od Głowy Kościoła piękny prezent – pomimo tego, że nie wyznawała katolicyzmu papież ofiarował jej różaniec. Zmarł tak jak żył, skromnie i z uśmiechem na ustach. Po drugiej zaś stronie czekał na niego mały chłopiec, który za rękę wprowadził go do Bram Raju.

                Zawsze wydaje nam się, że papieże muszą być poważni i srodzy. Przyzwyczailiśmy się do ciepłego uśmiechu Jana Pawła II. Jan XXIII też ujmował wszystkich pogodą ducha oraz dystansem do samego siebie. Podobnie jak Karol Wojtyła pochodził z miejscowości mieszczącej się w górach i podobnie jak on stracił rodzeństwo w dzieciństwie. Obaj papieże zostali wybrani w październiku, ich pontyfikaty dzieli 20 lat różnicy. A przede wszystkim oboje nie byli „pewniakami” konklawe.

                Cały film został wyświetlony w dwóch częściach. To dobrze, zważając na późną porę jego emisji. Bardzo podobała mi się gra głównego bohatera, Edward Asner. Widać było, że wczuwał się w powierzoną mu rolę. To dobrze, ponieważ nieraz zdarza się, że aktor nie ma nawet pojęcia, kogo ma grać. A wtedy rola nie wychodzi tak, jak powinna.