163. „Codzienne inspiracje biblijne” ks. Wojciecha Węgrzyniaka


Tytuł: „Codzienne inspiracje biblijne
Autor: ks. Wojciech Węgrzyniak
Miejsce i rok wydania: Kraków, 2014
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Liczba stron: 384
Moja ocena: 8/10

Hasło „Będziesz czytał Biblię codziennie” było mottem przewodnim nabożeństw roratnich w 2010 roku. Prawda jest bowiem taka, że każdy chrześcijanin powinien poświęcać kilka chwil w ciągu dnia na lekturę Pisma Świętego. Ile procent tak postępuje? Zapewne niewiele. Tym bardziej, że język biblijny, a zwłaszcza pism Starego Testamentu oraz Apokalipsy świętego Jana, nie należy do najłatwiejszych. W pierwszym przypadku w tekstach pojawia się zbyt dużo nieścisłości i archaicznych słów, czy też metafor, w drugim tekście roi się od alegorii. Trudno jest czytać niezrozumiały tekst, toteż wiele ludzi po prostu zniechęca się po pierwszej próbie, a Słowa Bożego słuchają co najwyżej w kościele podczas niedzielnych Mszy świętych.

Jeżeli jednak znajdzie się ktoś, kto zechce każdego dnia poznać chociaż kilka zdań z Pisma Świętego, to z czystym sercem mogę mu polecić książkę „Codzienne inspiracje biblijne”. Pozycja została zredagowana przez panią Annę Dąbrowską, wydana natomiast została nakładem krakowskiego wydawnictwa „M”.

Na pierwszy rzut oka książka nie grzeszy okładką. Właściwie okładka nie wyróżnia się niczym specjalnym. Ot jakiś tam kwiecisty motyw na bliżej nieokreślonym kolorze tła na środku którego umieszczono ramkę z autorem(a raczej autorem komentarzy, ale o nim napiszę w dalszej części recenzji) oraz tytułem. Szczerze powiedziawszy, to gdybym była w zwyczajnej księgarni, to pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi, bo przecież nie chciałoby mi się przeczytać opisu zamieszczonego po drugiej stronie okładki.

Na szczęście opis zamieszczony na stronie, z której zamówiłam książkę skutecznie zachęcił mnie do złożenia zamówienia. Od dawna szukałam pozycji, która pozwoli mi codziennie delektować się Słowem Bożym bez potrzeby sięgania po Pismo Święte. Są co prawda strony internetowe publikujące rozważania biblijne na każdy dzień, ja jednak jestem tradycjonalistką i wolałam mieć coś takiego w wersji papierowej. Powyższa książka wydawała mi się idealna ku temu.

W górze widnieją daty poszczególnych dni w roku. Pomyślano również o roku przestępnym, toteż w lutym mamy 29 czytań, a nie 28. Na każdy dzień przewidziany jest jeden fragment Pisma Świętego, zarówno z Ksiąg Starego, jak i Nowego Testamentu. To tak, jakby mówił do nas sam Pan Bóg i to On jest najważniejszym jej autorem. Każdy fragment Słowa Bożego opatrzony jest komentarzem księdza profesora Wojciecha Węgrzyniaka, na co dzień jednego z wykładowców Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II. Nie są to jednak nudne kazania, a pełne refleksji wytłumaczenia przeczytanych słów i zjawisk. Język komentarzy jest w miarę prosty i zrozumiały nawet dla przeciętnego człowieka, a zarazem zmusza do przemyśleń i zastanowienia się nad treścią przeczytanych słów. Trzecim, ale niemniej ważnym autorem książki jest sam czytelnik. Zarówno na dole każdej strony, jak i na jej końcu znajdziemy miejsce na zapisanie swoich własnych refleksji i przemyśleń. Bo przecież każdy z nas ma prawo do wyrażenia własnego zdania na dany temat. A książka daje możliwość na sformułowanie własnych notatek pod danym dniem.

Przeczytanie książki, teoretycznie przewidzianej na 366 dni, zajęło mi dwa dni. Po przeczytaniu jednego dnia z niecierpliwością przechodziłam do następnego. Podobało mi się to, że fragmenty ze Starego Testamentu przeplatały się z tymi z Nowego. Dzięki temu nie wydaje się ona nudna. Plusem publikacji jest również odniesienie fragmentów z Biblii do świąt, które przypadają danego dnia. Pozwala to na lepsze zrozumienie ich sensu. Książka z pewnością zostanie przeze mnie przeczytana jeszcze nieraz.

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater

162. „Ostatnia godzina” Michaela H. Browna


Tytuł: „Ostatnia godzina
Tytuł oryginalny: „The final hour
Autor: Michael H. Brown
Tłumaczenie: Mariusz Szerocki
Miejsce i rok wydania: Kraków, 2014
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Liczba stron: 534
Moja ocena: 8/10

Któż z nas nie boi się końca świata? Dat było kilka, jednak żadna z nich się nie sprawdziła, na nasze szczęście. Co ciekawe, od dwóch wieków Bóg daje nam sygnały, że ta chwila jest coraz bliżej. Ma bowiem swoją cichą wysłanniczkę, która przekazuje wybranym obrazy związane z klęskami, jakie czekają naszą planetę, jeżeli ludzie nie zmienią się na lepszych. Nie trudno jest się domyślić, że tą wysłanniczką jest sama Matka Boża, Maryja, ta, która oręduje za nami u swojego syna. Wizje, zarówno te dotyczące nadchodzących wojen, rządów najbardziej rozpoznawalnych dyktatorów na świecie, katastrofy, jakie się wydarzyły i mają wydarzyć, a także samego końca świata są przerażające i budzą w czytelniku grozę. Co ciekawsze, Bóg nie przemawia do wykształconych ludzi, czy też tych, którzy czynią źle. On posługuje się prostym, najczęściej niepiśmiennym ludem. O większości z przedstawionych w książce objawień słyszałam, pojawiły się jednak wśród nich takie, których nie znałam. I to one najbardziej mnie zaintrygowały. Z każdą kartką zastanawiałam się, czy to możliwe, aby Bóg dopuszczał do tego typu rzeczy. Zresztą tą książkę trzeba przeczytać i zrozumieć. Do polecenia zarówno wierzącym, jak i wątpiącym.

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater

161. „Dzień Niepodległości” Deana Devlina


Tytuł: „Dzień Niepodległości
Tytuł oryginalny: „Independence Day
Autor: Dean Devlin
Tłumaczenie: Jarosław Kotarski
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 1996
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 190
Moja ocena: 5/10

Któż z nas nie widział filmu w reżyserii Ronalda Emmericha „Dzień Niepodległości”, w którym amerykański prezydent Thomas Whitmore próbuje zapobiec Ziemię przed zagładą, jaką grozi kontakt z przybyszami z innych światów? Film otwiera trylogię opowiadającej o zagładzie naszej planety przez kolejne kataklizmy i do ostatnich chwil trzyma w napięciu. Oglądający go po raz pierwszy widz do końca nie wie bowiem, czy dwóch śmiałków, Stev i David zdołają wypełnić swoją misję i wrócić z niej bezpiecznie do domu. I chociaż finał jest dość banalny do przewidzenia, to sama akcja już mniej.
Mało kto z oglądających film wie, że powstał on na podstawie niewielkiej książki autorstwa amerykańskiego pisarza, Deana Devlina pod tym samym tytułem. Przyznam szczerze, że sama trafiłam na tą informację dosyć przypadkowo, szukając informacji o samym filmie. Nie byłabym sobą, gdybym jej nie przeczytała, tym bardziej, że film wyjątkowo mi się podobał. Pojawił się jednak mały problem – w żadnej okolicznej bibliotece nie mieli tej pozycji na stanie. Na szczęście udało mi się ściągnąć całość z Internetu w formacie PDF.
Akcja tej niewielkiej powieści toczy się przez trzy dni we współczesnej Ameryce. Ludziom żyje się dostatnie, a krajem rządzi kolejny prezydent, niejaki Thomas Whitmore. Pewnego dnia na niebie pojawia się tajemniczy obiekt, który zakrywa słoneczny blask. Ludność szybko zdaje sobie sprawę z tego, że została zaatakowana przez obcą cywilizację. Niepewni jutra ludzie podzieliły się na dwie grupy – zwolenników i przeciwników ufoludków. Wkrótce okazuje się, że przybysze z kosmosu nie mają wobec ziemian przyjaznych zamiarów, a skala zniszczeń jaka powstała na skutek wystrzelonych w planetę pocisków nie daje się porównać z niczym innym. Prezydent wraz ze współpracownikami zastanawiają się w jaki sposób zapobiec globalnej katastrofie. Wśród śmiałków znajdują się Stev i David, którzy odnajdują słaby punkt nieprzyjaźnie nastawionych gości.
Niektóre sceny w książce budzą w czytelniku poczucie strachu. Fragment opowiadający o napaści kosmitów na ziemię jest tak realistyczny, że kiedy zaszło słońce za chmurę, pobiegłam do okna zobaczyć, czy czasem na horyzoncie nie pojawia się coś innego. Kiedy czytałam o zniszczeniach spowodowanych przez wycelowanie w ziemię wiązki promieni, w głębi duszy cieszyłam się, że ci ludzie ginęli od razu i nie cierpieli katuszy. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie opis „operacji” przybysza z wszechświata. Gdy sobie pomyślę o galaretowatym ciele, pazernych, pozbawionych powiek oczkach, mackach zamiast kończyn i telepatycznym przekazywaniu wiadomości innym osobom serce zaczyna mi szybciej bić.
Ludzie od zawsze zastanawiali się, czy jesteśmy sami we wszechświecie, czy może jest jeszcze inna cywilizacja, która przewyższa nas intelektualnie i technicznie. Jeżeli nie jesteśmy sami, to jestem pewna, że z pewnością nie chcielibyśmy się z nią spotkać w takich okolicznościach, jakie są pokazane w książce.

160. „Świat popiołów” Jana Dobraczyńskiego


Tytuł: „Świat popiołów
Autor: Jan Dobraczyński
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 1986
Wydawnictwo: PAX
Liczba stron: 104
Moja ocena: 7/10

Są tacy autorzy, którzy przypadają nam do gustu od pierwszej książki ich autorstwa, jaką nam było dane przeczytać. W moim przypadku bez wątpienia mogę do nich zaliczyć nieżyjącego już Jana Dobraczyńskiego, pisarza książek przedstawiających historie biblijne, życiorysy świętych oraz ważne fakty z historii naszego kraju. Po raz pierwszy spotkałam się z nim w 2011 roku czytając książkę „Cień ojca” opowiadającą o życiu świętego Józefa. Całość pochłonęłam w trzy dni i już wtedy wiedziałam, że na tej jednej pozycji się nie skończy.

Ostatnio postanowiłam przeczytać niegrubą pozycję jego autorstwa zatytułowaną „Świat popiołów”. Z opisu wiedziałam, że opowiada ona o końcu istnienia cywilizacji europejskiej, którą wykończyła kolejna wojna.

Akcja książki rozgrywa się gdzieś po 2000 roku. Europa nie istnieje, większość jej mieszkańców zginęła, wszystko zostało zrównane z ziemią, a Stolica Kościoła Katolickiego zostaje przeniesiona do Ameryki Południowej. Głową Kościoła jest Jan Paweł V. Kiedy dowiaduje się, że badacze pracujący na terenach ogarniętych zagładą natrafili na grupę ocalałych ludzi, którzy znaleźli schronienie w jakiejś grocie, postanawia do nich dotrzeć. Organizuje wiec ekspedycje, która wyrusza helikopterem na drugą stronę kuli ziemskiej. Na opuszczonej ziemi poznaje grupę badaczy, która mieszka w prymitywnych warunkach. Wkrótce papież wraz z towarzyszami wyrusza na poszukiwanie groty, w której znajdują się ludzie. Świat, bez drzew, budynków, w ogóle bez śladów jakiejkolwiek cywilizacji, przeraża Ojca Świętego. W dodatku po drodze wpadając w dziurę ginie jeden z towarzyszących mu dziennikarzy, a drugi o to wydarzenie obwinia właśnie Głowę Kościoła Katolickiego. Kiedy wszyscy wątpią, że znajda poszukiwane miejsce, towarzyszący wyprawie ojciec Sylwester odłącza się od grupy. Udaje mu się znaleźć tabliczkę, która miała być drogowskazem do ocalałych. Kiedy przynosi ją do obozowiska Jan Paweł V nie kryje wzruszenia – okazuje się, że miejscem które dało schronienie ludziom stała się Częstochowa.

Czytając książkę doskonale widać, jak wpłynęła na Polaków wiadomość o wyborze Karola Wojtyły na papieża. Papież z powieści Jana Dobraczyńskiego też jest Polakiem, nie przez przypadek noszący imiona swojego Karola Wojtyły, w dodatku pamiętającym wizyty swojego poprzednika w Częstochowie. Chociaż mieszkał w Ameryce Południowej nie zapomniał ani o nieistniejącym już kraju, ani o jego mieszkańcach, którzy podzielili jego los. Ale podróż do ojczyzny zamienionej w popiół i zrównanej z ziemią to nie tylko chęć przesiedlenia tych, którzy w cudowny sposób ocaleli z zagłady. To także powrót do przeszłości, do znajomych i rodziny, która wedle słów kapłana obróciła się w proch. To pogodzenie się z przerażającą rzeczywistością, której Jan Paweł V stał się świadkiem.

„Świat popiołów” to przerażająca wizja finału międzykontynentalnej wojny, przy której wykorzystano broń nuklearną oraz atomowa. Autor zdawał sobie sprawę z tego, że kiedy ludzkość użyje kolejny raz bomby atomowej w większej ilości, to prawdopodobnie spora część miast zniknie na zawsze z powierzchni ziemi, a miliony ludzi zostanie pozbawionych życia. Świat natomiast zamieni się w szary zakamarek, pozbawiony nie tylko zieleni drzew, ale nawet błękitu nieba. I przed tym chce ustrzec innych. A jednocześnie daje nadzieję na cud przeżycia garstki osób, którzy zaufają Bogu i będą w nim trwali do końca.