„Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna


Tytuł: „Kod Leonarda da Vinci
Tytuł oryginalny: „The da Vinci Code
Autor: Dan Brown
Tłumaczenie: Krzysztof Mazurek
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2013
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 449
Moja ocena: 5/10

Co mają ze sobą wspólnego słynne muzeum w paryskim Luwrze, organizacja Opus Dei, a także opactwo Westminsterskie w Londynie? Na pozór nic szczególnego. A jednak te trzy rzeczy zostały powiązane ze sobą za pomocą kontrowersyjnej książki Dana Browna, „Kod Leonarda da Vinci”. Autor stawia w niej śmiałą tezę, że Maria Magdalena była żoną samego Jezusa Chrystusa, a tuż po jego ukrzyżowaniu uciekła do Francji, gdzie urodziła ich wspólną córkę, Sarę. Jest to sprzeczne z tym, co głosi Pismo Święte, toteż książka została ogłoszona jako niezgodna z nauką kościoła i bezsprzecznie potępiona przez Episkopat.

Tajemnica legendarnego kielicha zwanego świętym Graalem od wieków pobudzała wyobraźnię zarówno uczonych, jak i zwyczajnych śmiertelników. Zgodnie z tradycją, to z tego naczynia podczas ostatniej wieczerzy Chrystus miał pić wino. Według podań ostatni raz widziano go w Wielki Piątek, kiedy Poncjusz Piłat obmywał ręce po wydaniu wyroku na Jezusie. Można przypuszczać, że z naczynia korzystali także pierwsi chrześcijanie. Później ów kielich zaginął, rozwijając serię domysłów na temat tego, gdzie może się aktualnie znajdować. Chyba najbardziej znanym obrazem poszukiwań świętego Graala jest film w reżyserii Stevena Spielberga – „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. Motyw ten pojawia się także w legendach arturiańskich. Jednak nikt jeszcze nie przedstawił tematu w tak kontrowersyjny sposób, jak Dan Brown.

Akcja powieści zaczyna się w sławnym paryskim muzeum Luwrze. Pewnej nocy w tajemniczych okoliczności zostaje zamordowany pracujący w nim mecenas sztuki i kustosz, Jacques Sauniere. Zamordowany widział swojego oprawcę, wiedział też, że musi przekazać swojej wnuczce Sophie pewną tajemnicę. Posługując się szeregiem zaszyfrowanych wiadomościach, z których pierwszą jest ułożenie swojego ciała w kształt słynnego człowieka wiktoriańskiego. ujawnia prawdę o legendarnym świętym Graalu. W odgadnięciu zagadek pomaga kobiecie niejaki Robert Landgon, profesor Uniwersytetu Hardvarda, specjalista w dziedzinie ikonografii. Zaczyna się wyścig z czasem, ponieważ tropem pary rusza mężczyzna działający w organizacji Opus Dei, który ma na celu wyeliminowanie wszelkich niewygodnych osób. Tymczasem Sophia rozwiązując kolejne logiczne zagadki pozostawione przez dziadka nie tylko przybliża się coraz bardziej do odkrycia tajemnicy świętego Graala, ale też własnej osobliwości. Finał jednego i drugiego jest bardziej nieoczekiwany, niż czytelnik może się tego spodziewać.

Autor książki umieścił jej akcję nie tylko we Francji, ale też w Watykanie i na Wyspach Brytyjskich. Miejsca, w których pojawiają się Robert i Sophia istnieją naprawdę – Luwr, Pola Elizejskie, opactwo Westminsterskie – tak naprawdę każdy z nas może znaleźć się w nich. A mając przed sobą treść książki „Kod Leonarda da Vinci” możemy spojrzeć na pewne obiekty z zupełnie innej strony.

Na szczególną uwagę w treści książki zasługują zamieszczone w niej zagadki. Osobiście złapałam się na tym, że trafiając na kolejną zaszyfrowaną wiadomość, zaczynałam samodzielnie myśleć nad jej rozwiązaniem. Oczywiście z reguły okazywały się one bardzo banalne, co sprawiało, że człowiek jeszcze bardziej gubił się w ich rozwiązywaniu. Ale kilka pomysłów planują wykorzystać w przyszłości.

Nie da się ukryć, że treść książki „Kod Leonarda da Vinci” jest kontrowersyjna, przynajmniej dla wyznawców katolicyzmu, ponieważ zawiera wiele tez zaprzeczających naukom głoszonym przez kościół. Ja jednak odbierałam ją tak, jakbym czytała jakąś legendę, czy też baśń. A przede wszystkim szukałam w jej treści nie sensacji, ale rozwiązań kolejnych zagadek pozostawionych przez Jacquesa Sauniere’a. Inna sprawa, że samego Leonarda da Vinci jest mało w treści książki. Kilka obrazów i człowiek wiktoriański na początku powieści. Ale taki układ sprawił, że książka jest jeszcze bardziej tajemnicza…

„Żyć nie umierać” Macieja Migasa

Tytuł: „Żyć nie umierać
Reżyser: Maciej Migas
Główne role: Tomasz Kot, Janusz Habior, Ireneusz Czop
Premiera w Polsce: 28 sierpnia 2015
Gatunek: Dramat obyczajowy
Czas trwania: 1 godzina 25 minuty
Moja ocena: 6/10

Czy da się w trzy miesiące przeżyć efektownie swoje życie? Czy da się przez ten niewielki okres czasu naprawić wszystko to, co się zepsuło przez dotychczasowe lata? A przynajmniej próbować tego dokonać? Czy można walczyć ze śmiertelną chorobą, a zarazem ukrywać to przez cały czas przed społeczeństwem? Przed tak ważnymi pytaniami stanął reżyser filmu, który kilka dni temu wszedł na polskie ekrany – „Żyć nie umierać”, Maciej Migas.

Bartosz Kolano miał przed sobą wspaniałą przyszłość: świetnie zapowiadającą się karierę aktorską, wspaniałą rodzinę. Wszystko jednak traci, popadając w chorobę alkoholową. Żona wylatuje do Australii, córka wyjeżdża na Węgry, gdzie robi dwa fakultety, natomiast on sam zamienia aktorstwo na zabawianie publiczności w jednym z popularnych telewizyjnych show. Jego jedynym przyjacielem i powiernikiem jest mentor z klubu AA, w którym Bartosz postanowił się leczyć. Pewnego dnia zostaje wysłany przez swoich pracodawców na profilaktyczne badania umożliwiające mu przedłużenie umowy o pracę na ćwierć etapu. Przy odbiorze zdjęcia rentgenowskiego płuc recepcjonistka informuje go, że z wynikami powinien zgłosić się do onkologa. U specjalisty dowiaduje się, że ma nowotwór płuc i prawdopodobnie zostało mu około trzech miesięcy życia. Showman postanawia w pełni wykorzystać pozostały mu czas. W przerwach pomiędzy chemioterapiami w dalszym ciągu zabawia publiczność zgromadzoną na widowni programu tanecznego, zabawia się z prostytutkami, a przede wszystkim postanawia naprawić wszystko to, co w przeszłości zepsuł. Chociaż pogodzenie się z byłą żoną i ukochaną córką okazuje się najtrudniejszą rzeczą w jego życiu, to jednak on nie poddaje się. Dla swojej córki gotowy jest nawet jechać do Węgier, aby błagać ją o wybaczenie. Przez trzy miesiące główny bohater robi wszystko, aby pokrzyżować plan, który ktoś tam dla niego ułożył.

Film, chociaż porusza tak trudny temat, jakim jest walka z chorobą nowotworową, jest raczej lekki i przyjemny w odbiorze. Duża tutaj jest zasługa fabuły, która nie skupia się na szpitalu oraz skupianiu się na tym co nieuniknione, ale pokazuje, że nawet w obliczu ostateczności można żyć pełnią życia i wiele osiągnąć. Niemniej w filmie jest kilka nieścisłości. No bo jak to jest, że w jednej scenie lekarz oznajmia głównemu bohaterowi, że nie ma już raka, a kilka scen później dowiadujemy się, że Bartoszowi wycięli jedno płuco? Czyżby ziółka zalecone przez Wietnamczyka działały tylko tymczasowo? A propos ziółek, film w ciekawy sposób obrazuje jak ludzie ślepo wierzą w moc medycyny alternatywnej, rezygnując z tradycyjnego, najczęściej sprawdzonego leczenia. W ogóle miejscami miałam wrażenie, że reżyser za bardzo skacze po życiu głównego bohatera, a przejście z jednej sceny w drugą jest zbyt gwałtowne.

Na koniec warto wspomnieć o osobie Tadeusza Szymkowa, zmarłego na raka w 2009 roku aktora, któremu dedykowany jest film „Żyć nie umierać”. Scenarzysta filmu, Cezary Harasimowicz, był dobrym przyjacielem zmarłego aktora. Kiedy dowiedział się, że Tadeusz walczy z rakiem, postanowił napisać scenariusz filmu, w którym Szymkow zagrałby rolę samego siebie. Niestety, choroba okazała się silniejsza i bezlitosna. Szymkow odszedł, został jednak scenariusz na film. Zresztą bardzo łatwo dostrzec podobieństwa pomiędzy Tadeuszem Szymkowem, a wcielającym się w jego postać Tomaszem Kotem. Chociaż wiele wątków z biografii Szymkowa zawartych zostało w produkcji, to jednak nie jest ona ścisłym jej obrazem. I o tym trzeba pamiętać wybierając się na „Żyć nie umierać”.