156. „Na ratunek” Nicholasa Sparksa


Tytuł: „Na ratunek”
Tytuł oryginalny: „The Rescue
Autor: Nicholas Sparks
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2014
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Moja ocena: 10/10

„Na ratunek” to moje drugie spotkanie z amerykańskim  powieściopisarzem, Nicholasem Sparksem. Książkę poleciła mi jedna z moich najlepszych koleżanek, Ania, prywatnie prawdziwa fanka tego pisarza. Zazwyczaj to ja podsuwałam jej kolejne pozycje do przeczytania, toteż byłam mile zaskoczona, kiedy w mojej skrzynce meilowej znalazłam wiadomość od Ani, w której zachwalała ostatnio przeczytaną przez siebie książkę. Nosiła właśnie tytuł „Na ratunek”. Ania zapewniała mnie gorąco, że na pewno mi się spodoba. Cóż więc było robić – przejechałam się do biblioteki Wojewódzkiej i wypożyczyłam zaproponowaną pozycję.

Pierwsze co mnie w niej urzekło to prześliczna okładka przedstawiająca chłopca na baranach u przepięknej kobiety z kucykiem oraz szczerym, szerokim uśmiechem. Osobiście mam słabość do tego typu okładek, więc czym prędzej wzięłam się za lekturę. Co prawda czasami zdarza się, że okładka jest wręcz cukierkowa, natomiast treść pisana jakby na siłę. Tym razem jednak tak nie było.

Akcja książki toczy się w Ameryce w 1999 roku. Denise Holton jest atrakcyjną młodą kobietą, która niedawno przeprowadziła się do Edenton w Karolinie Północną. Kilka lat wcześniej wdała się w romans z przypadkowym mężczyzną, którego owocem był synek, Kyle. Na pierwszy rzut oka czterolatek niczym nie różni się od innych dzieci w jego wieku. To jednak pozory – maluch ma poważne problemy z mową, a żaden lekarz nie potrafi podać przyczyny takiego stanu rzeczy. Pracująca wieczorami w pubie jako kelnerka Denise poświęca całe dnie na terapii syna, która niestety nie odnosi pożądanych skutków. Pewnego razu podczas jazda samochodem Denise o mało nie  wpada na stojącą na drodze łanię. Zwierze zostało ocalone, jednak kobieta powoduje wypadek. Po ocknięciu się Denise odkrywa, że siedzący z tyłu Kyle zniknął. Na poszukiwanie chłopca rusza miejski oddział ochotniczej straży pożarnej. Akcja nie jest prosta, jest późno, pada obfity deszcz, w dodatku teren jest typowo bagnisty. W tych warunkach każda minuta jest na wagę złota. Chłopca po kilku godzinach odnajduje strażak Taylor, który na co dzień pracuje w branży budowlanej. To zresztą on wezwał pomoc dla matki malucha. Pomiędzy nim, a chłopcem nawiązuje się nić sympatii, zamknięty w sobie Kyle powoli się otwiera. Również dla Denise nie jest on obojętny. Pomiędzy dorosłymi rodzi się uczucie. Niestety, Taylor dręczony nieprzyjemnymi wspomnieniami z dzieciństwa przestaje wierzyć we własne szczęście i coraz bardziej oddala się nie tylko od rodziny, która mogłaby być też jego rodziną, ale i od przyjaciół. Tragiczne wydarzenie z jednej z przeprowadzanych przez siebie akcji, a raczej jego konsekwencje pozwalają oczyścić się mężczyźnie z przeszłości.

Czytając książkę mimowolnie przeniosłam się w wytworzony przez Sparksa świat. Świat na pozór idealny, a przecież tak podobny do naszego. Szczególną uwagę poświęciłam tutaj małemu Kyle’mu i jego niezdiagnozowanemu problemowi. Problemowi, który minął kiedy w życiu chłopca pojawia się Taylor. Maluch nigdy nie poznał swojego ojca, toteż strażak stał się jego namiastką. Podczas zabaw z nim Kyle nie tylko odkrywał otaczający go świat, ale i rozbudowywał swoje zdolności językowe. Denise miała zaś w mężczyźnie prawdziwe oparcie i pomoc w prowadzeniu domu. Wspomnę tu jeszcze o Mitchu, przyjacielu Taylora, który widząc szczęście przyjaciela wspierał go z całych sił, ale potrafił też zrugać go, kiedy przestał wierzyć w uczucie jakie łączyło go z Denise. Tak naprawdę była to ostatnia lekcja, jaką dał mu przyjaciel, ale chyba najważniejsza.

„Na ratunek” to historia, którą chciałby przeżyć każdy z nas. Z jednej strony niesamowita, ale z drugiej jak najbardziej realna. Jednocześnie pokazująca, że czasami nie warto ukrywać swojej przeszłości, bo prędzej czy później i tak do nas ona dotrze. A tak przynajmniej będziemy mieli wsparcie i zrozumienie kochających nas osób.

155. „Podróż do miasta świateł. Rosa de Vallenord” Małgorzaty Gutowskiej-Adamskiej


Tytuł: „Podróż do miasta świateł. Rosa de Vallenord”
Seria: „Podróż do miasta świateł
Autor: Małgorzata Gutowska – Adamska
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2013
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 480
Moja ocena: 9/10

Ostatnio coraz częściej zaczynam przekonywać się do książek pisanych z dwóch perspektyw – współczesności oraz czasów, które przeminęły. W takiej właśnie koncepcji utrzymana jest akcja kontynuacji powieści Małgorzaty Gutowskiej – Adamskiej „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” – „Podróż do miasta świateł. Rosa de Vallenord”

Tym razem akcja powieści przenosi się na początek XX wieku. Znana z poprzedniej części Róża zakochuje się w arystokracie za którego wychodzi za mąż. Nie jest to jednak szczęśliwe małżeństwo – mąż ją zdradza, a i ona nie jest mu wierna. Tymczasem świat powoli zmierza ku wybuchowi I wojny światowej. Czy ich miłość zwycięży tą próbę? Na drugi plan wysuwa się współczesna historia Niny, kobieta, która inspirując się malunkami Róży próbuje znaleźć swój sens życia. Czy jej się to uda?

Małgorzata Gutowska – Adamska po raz kolejny pokazała mistrzostwo swojego pióra. Myślę, że wszelki komentarz jest tutaj zbędny. Te książki po prostu trzeba przeczytać i się nimi zachwycić…

154. „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk


Tytuł: „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich”
Seria: „Podróż do miasta świateł
Autor: Małgorzata Gutowska – Adamska
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2012
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 480
Moja ocena: 8/10

Kilka lat temu po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością pani Małgorzaty Gutowskiej – Adamskiej czytając jej cykl książek zatytułowany „Cukiernia pod Amorem”, a przedstawiający losy trzech rodzin, które przejmowały kolejno po sobie tytułową cukiernię. Pamiętam, że leżałam wtedy w ciężkim stanie, a wypożyczone z biblioteki audiobooki pomagały mi chociaż na chwilę zapomnieć o bólu i otaczającym mnie sprzęcie medycznym. Po wyjściu ze szpitala obiecałam sobie, że jeszcze raz przebrnę przez całą sagę, tym razem w wersji wydanej drukiem. Jak dotąd nie udało mi się spełnić tego zamiaru, jednak ostatnio wypożyczyłam sobie kontynuację cyklu zatytułowaną „Podróż do miasta świateł”, której pierwszy tom nosi podtytuł: „Róża z Wolskich”.

Przenosimy się w czasie do klimatycznego, XIX wiecznego Paryża, który nie zna jeszcze słynnej Wieży Eiffla, a po jego uliczkach jeżdżą dumne dorożki prowadzone przez poczciwe konie. W takiej scenerii mieszka na co dzień emigrantka z Polski, tytułowa Róża z Wolskich. Zważając na skomplikowaną sytuację w będącym pod zaborami kraju, w stolicy Francji rozwija swój niepowtarzalny talent malarski. Niestety, nie idzie on w parze z życiem uczuciowym kobiety, która uwikłując się w różne romanse nie może sobie znaleźć mężczyzny swojego życia.

100 lat później po świecie chodzi znana z „Cukierni pod Amorem” Nina. Kobieta podobnie jak Róża pasjonuje się sztuką i podobnie jak ona nie ma szczęścia w miłości. Pozostaje pytanie, czy jej losy będą inne niż Róży?

153. „Lalki z getta” Evy Weawer


Tytuł: „Lalki z getta”
Tytuł oryginalny: „The Puppet Boy of Warsaw
Autor: Eva Weawer
Tłumaczenie: Magdalena Witkowska
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2013
Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka
Liczba stron: 384
Moja ocena: 10/10

Przymierzałam się do tej książki, przymierzałam. Po przeczytaniu rewelacyjnego „Chłopca w pasiastej piżamie” oraz „Lat dzieciństwa” Jony Oberskiego, nie przechodzę obojętnie obok tego typu książek. A jeśli w dodatku mają inspirującą okładkę, to moja chęć przeczytania jej wzrasta kilkakrotnie. Nie inaczej było z „Lalkami z getta” autorstwa Evy Weawer. Jak tylko zobaczyłam książkę na wystawie, od razu na nią „zachorowałam”. Doskonałą okazją do jej zdobycia była zdana sesja – akurat w sklepie była promocja i kupiłam ją po obniżonej cenie. A jak tylko doczytałam, że fabuła oparta jest na autentycznych wydarzeniach, byłam w 7 niebie.

Kilkunastoletni Mika wraz z rodzicami i dziadkiem z powodu swojego wyznania trafia do wydzielonego obszaru miasta – getta. Inteligentnemu i niezwykle bystremu dziecku bardzo trudno przestawić się z dotychczasowego, dostatniego życia, na to, które narzucili mu Naziści – pełnego głodu i niepewności następnego dnia. Pewnego razu umiera ukochany dziadek Miki. Wcześniej jednak prosi wnuczka, aby zaopiekował się jego ukochanym płaszczem. Wkrótce nastolatek odkrywa, że kieszenie tak szanowanego przez dziadka ubioru są pełne papierowych laleczek. Szybko staje się jasne, że dzięki odgrywanym przez chłopca scenkom, jego rodzina będzie miała za co przeżyć w getcie. Wieść o niezwykłym lalkarzu roznosi się po całym zamkniętym obszarze miasta, wszyscy chcą zobaczyć niezwykłe historię opowiadane przez Mikę, a odgrywane za pomocą zwykłych, papierowych kukiełek. Wieść o tym zdarzeniu dociera w końcu do nazisty o imieniu Max. Od tej chwili Mika musi co tydzień układać przedstawienia również dla swoich wrogów. W przeciwnym razie grozi mu niebezpieczeństwo. Wkrótce los się odwraca – Mika zostaje uwolniony z getta, za to Max trafia do obozu jenieckiego w głębi Rosji. Wcześniej zabiera jednak nastolatkowi najcenniejszą figurkę, króla, która podobnie jak niegdyś Mice, teraz Maxowi pomogła przetrwać trudne chwile na Syberii.

Książkę czytało mi się bardzo szybko i sprawnie, a niektóre zwroty akcji wręcz mnie zachwycały. Spodziewałam się bardziej banalnej historii, a tutaj spotkało mnie kolejne zaskoczenie. Zresztą co tu dużo pisać – „Lalki z getta” trzeba po prostu przeczytać.