132. „Warszawskie dzieci”


Tytuł: „Warszawskie dzieci
Autor: praca zbiorowa
Miejsce i rok wydania: Poznań; 2014
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 445
Moja ocena: 8/10

Jak trudne było zdobycie wykształcenia w okupowanej Polsce wie pokolenie naszych dziadków, czyli wszystkich tych, którzy urodzili się w latach 20 i 30 ubiegłego wieku. Ich edukacja przypadła właśnie na lata, w których trwały walki naszej ojczyzny z hitlerowskimi Niemcami, które wypowiedziały wojnę naszemu krajowi. Jak wiemy, hitlerowska ideologia zakazała kształcenia młodzieży w gimnazjach i liceach, a szczególnie na studiach. Jedyne na co pozwalała, to na edukację na poziomie elementarnym, a następnie zawodowym, w myśl zasady, że Polacy mają mieć siłą pracowniczą, a nie inteligencką. Nic też dziwnego, że w czasie II wojny światowej rozwijało się nauczanie konspiracyjne oraz prywatne, niejednokrotnie odbywające się w tajemnicy. Podczas takich zajęć młodzież zdobywała wiedzę potrzebną później w dostaniu się na studia wyższe.

Wobec powyższych przesłanek pewien podziw budzi postawa Anny Goldman, która w okupowanej stolicy prowadziła prywatną szkołę, która wykształciła szeregi uczniów. W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wyszła niezwykła książka zatytułowana „Warszawskie dzieci”, zawierająca wspomnienia uczniów warszawskiej Goldmanki. Jest to autentyczne świadectwo tych sześciu lat wojny, podczas których przyszło im zaliczać kolejne klasy szkoły powszechnej, gimnazjum oraz liceum.

Z publikacji poznajemy historię prywatnej szkoły założonej i prowadzonej przez siostry Annę, Halinę oraz Irenę Goldmanówny. Placówka powstała jeszcze przed wojną i szczyciła się zarówno wysokim poziomem nauczania, jak i nieskazitelnym wychowaniem swoich wychowanków. Jak czytamy we wspomnieniach Jana Żórawskiego: „Zupełnie niezależnie natomiast wynieśliśmy wiedzę o zachowaniu indywidualnym i zbiorowym. Nasze rozmowy nie były ordynarne. W początkach pobytu w niewoli nauczenie się żołnierskiego języka sprawiało mi przykrość. Było nie do pomyślenia trzymanie rąk w kieszeni w czasie rozmowy z kimś godniejszym. Witanie się było zawsze połączone z przyjęciem pozycji stojącej. Część z nas mogła to wynieść z domu, ale nie wszyscy. A myśmy wszyscy tacy byli. Twierdzę więc, że to zawdzięczaliśmy szkole”. W tych samych wspomnieniach możemy też wyczytać, jak dużą wagę przywiązywali nauczyciele do poprawnego formułowania myśli przez uczniów: „Nauczyciele nie pozwalali, w trakcie odpowiedzi, na robienie przerywników w rodzaju „Eeee… eee…”. W dzisiejszych czasach takich przewodników można ze świecą szukać.

Swoje metody nauczania ci niezwykli nauczyciele stosowali też w czasach wojennej zawieruchy. Chociaż nakazano zamknięcie szkół, placówka prowadzona przez panią Annę Goldman mogła funkcjonować, ponieważ miała charakter prywatnej. Pomimo wszystko jej kierowniczka postarała się, aby uczęszczało do niej jak najwięcej dzieci, najczęściej bez uiszczania czesnego. Ponadto najbiedniejsi z nich mogły zjeść w placówce ciepły posiłek oraz uczestniczyć  w organizowanych przez grono pedagogiczne półkolonie letnie. Z przytoczonych opowieści wiemy, że warunki lokalowe były opłakane – placówka często zmieniała lokal, podręczniki były trudnodostępne, a w dodatku w każdej chwili mogła się zdarzyć rewizja przez Niemców. Ponieważ zakazane było szkolnictwo średnie i wyższe, klasy gimnazjalne i licealne ukrywane były pod nazwami ostatnich klas szkoły powszechnej. Z czasem klasy te istniały pod przykrywką szkoły zawodowej, gdzie ich uczniowie oprócz materiału przewidzianemu w szkole średniej, kilka godzin w tygodniu poświęcali na naukę danego zawodu. Pomimo wielu utrudnień wiele uczniów zdało tzw. „Małą maturę” i po zakończeniu wojny mogła kontynuować dalszą naukę.

Ale uczęszczanie do szkoły prowadzonej przez Annę Goldman, to nie tylko nauka, ale i spotkanie młodzieży z harcerstwem. Wielu z nich walczyło z wrogiem podczas Powstania Warszawskiego. Jednak i w tych trudnych warunkach nie zapomnieli o wartościach, które wynieśli ze szkoły.

Książka oprócz wspomnień uczniów zawiera jeszcze listy napisane do swojej byłej nauczycielki. Ileż w nich ciepła i szacunku wobec tej, która dla ich edukacji ryzykowała własne życie. Z każdego z nich bije ciepło i autentyczne przywiązanie do nauczycielki. Dodatkowo zamieszczona też notatkę na temat rozwoju polskiego harcerstwa, a także krótkie notki biograficzne autorów zamieszczonych tekstów.

Czytając książkę miałam wrażenie, że cofam się w czasie. Trafiłam bowiem do takiej szkoły, do jakiej sama chciałam chodzić. I tylko pozostaje żal, że tamta epoka skończyła się wraz z pojawieniem się PRLu.

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater

131. „Fascynująca Biblia” Andrzeja Urbańczyka


Tytuł: „Fascynująca Biblia
Autor: Andrzej Urbańczyk
Miejsce i rok wydania: Gdańsk; 2014
Wydawnictwo: Wydawnictwo NORD
Liczba stron: 384
Moja ocena: 5/10

Kto z nas nie miał w swoich rękach „Pisma Świętego” czy też nie słyszał chociaż jego fragmentu? Nawet osoby niewierzące w jakiś sposób są związani z słowami w nim zawartymi, choćby poprzez przestrzeganie 10 Przykazań Bożych, nazywanych także uniwersalnym kodeksem postępowania ludzkiego.

Warto wiedzieć, że „Pismo Święte” zostało przetłumaczone na prawie wszystkie języki świata. Kiedyś za jej posiadanie można było stracić życie, dzisiaj powinna znajdować się w niemal każdym domu. Mówi się, że każdy chrześcijanin powinien czytać Świętą Księgę po fragmencie. Jednak w praktyce, jak czytamy na okładce książki Andrzeja Urbańczyka – „Fascynująca Biblia”, całą Biblię przeczytał w całości średnio jeden człowiek na milion. Język biblijny nie jest łatwy, zawiera wiele przenośni i alegorii. Być może to zniechęca czytelnika do lektury. Ale czy nawet ci, co czytają Świętą Księgę na  pewno wszystko z niej wyłapują?

Andrzej Urbańczyk przeczytał 1300 stron drobnego druku w niecodziennych okolicznościach – podczas wielomiesięcznej samotnej żeglugi oceanicznej. Samotność która mu doskwierała paradoksalnie sprzyjała rozmyślaniom nad jej treścią. W konsekwencji powstała książka „Fascynująca Biblia” zawierająca biblijne treści uporządkowane w 24 kategoriach takich jak: alkohol; bogactwo, pieniądze, skarby; Bóg, oblicze Boga, groźby, obietnice; choroby, cierpienia; frazy, sentencje; kobiety; medycyna; mężczyźni; mięso; modlitwy; niezwykłe, zdumiewające, niepojęte; ofiary, daniny; okrucieństwo, mord; prawo, obyczaje; quard lectomia; varia; seksualność; technika, rzemiosło, zasoby mineralne; unicestwianie, zabijanie; wody, morza, żegluga; wojny, kampanie; wywiad, dywersja; zwierzęta oraz żywność, potrawy.

Wyjątkowo zacznę od błędów w książce, jakie mi ewidentnie przeszkadzały w jej czytaniu. Żałuję, że nikt nie uściślił, że wszystkie cytaty pochodzą z ksiąg Starego Testamentu. Tym samym czytelnik może szukać w niej cytatów z Nowego Testamentu, który pominięto. Kolejna wada książki to nieopisanie pięcioksięgu mojżeszowego zwyczajowymi nazwami ksiąg, czyli Księga Rodzaju, Księga Wyjścia, Księga Kapłańska, Księga Liczb oraz Księga Powtórzonego Prawa. Zamiast tego w „Fascynującej Biblii” znajdziemy takie opisy jak „Pierwsza…”, „Druga…”, „Trzecia…”, „Czwarta…” oraz „Piąta Księga Mojżeszowa”. Rozumiem że jest to czysta interpretacja autora, ale sądzę, że dla większości czytelników pozostanie przy tradycyjnym nazewnictwie byłoby dużo lepszym i przejrzystym rozwiązaniem. I jeszcze jedna rzecz, która podnosiła mi ciśnienie – brak oznaczeń rozdziałów i wersetów, z których użyto poszczególne frazy. Czasami samo podanie księgi mi nie wystarczało. Chwilami też miałam wrażenie, że przytoczone frazy są zbyt długie, co powodowało przyćmienie głównej jego treści. Zabrakło mi też osobistego komentarza autora, jeżeli nie na temat poszczególnych cytatów, to chociaż odnośnie całego rozdziału zamieszczonego np. na jego początku.

Na plus pozycji działa natomiast wyczerpujące przedstawienie każdego z zaproponowanych tematów. Tak, jak to już wcześniej napisałam, podczas czytania większego fragmentu umyka nam wiele cennych informacji. Dzięki „Fascynującej Biblii” możemy swoją uwagę skupić na pozornie nieważnych cytatach. A przy okazji przeżyć niejedno zaskoczenie. No bo kto z nas spodziewałby się tego, że znajdzie w Świętej Księdze fragmenty dotyczące seksualności, alkoholu, czy też wywiadu i dywersji? Osobiście największe na mnie wrażenie zrobił rozdział dotyczący medycyny oraz technice, rzemiosłu i zasobach mineralnych. Czy zwróciłabym na te fragmenty uwagę podczas czytania „Pisma Świętego”? Pewnie nie, czytając wszystko jako całość.

Wydawać by się mogło, że wyrwane z kontekstu cytaty ze Starego Testamentu nie będą miały ani ładu, ani składu. Nic bardziej mylnego. Andrzej Urbański doskonale to udowodnił. Zaproponowane przez niego cytaty doskonale obrazują dane zagadnienia. A ja nabrałam ochoty przeczytać całe „Pismo Święte”.

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater

130. „Pokochaj mnie mamo” Cassi Harte


Tytuł: „Pokochaj mnie mamo
Tytuł oryginalny: „I did tell, I did”
Autor: Cassie Harte
Tłumaczenie: Aleksandra Kamińska
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2011
Wydawnictwo: hachette POLSKA
Liczba stron: 308
Moja ocena: 9/10 

Dzieciństwo powinno być najszczęśliwszym okresem w życiu każdego człowieka. Dzieci z reguły są rozpieszczane przez wszystkich, a ich rodzice dbają o to, aby niczego im nie zabrakło. Szczęśliwe dzieciństwo przekłada się na późniejsze życie, na poszczekanie siebie w społeczeństwo, a także ma wpływ na samoocenę dziecka w życiu dorosłym. Dlatego wszędzie słyszy się, żeby wychowywać dziecko rozsądnie, a jednocześnie aby wyniosło ze swojego pierwszego etapu życia jak najwięcej pozytywnych chwil. Do świadomości społeczeństwa przeniknął więc obraz matki troszczącej się o dziecko oraz niedzielnych, rodzinnych spacerów.

Dzieciństwo Cassie Harte było zupełnie inne. Poczęta z nieprawego łoża, w czasie kiedy mąż jej matki walczył podczas II wojny światowej, zawsze była dla niej utrapieniem. Matka pastwiła się nad córką, dostrzegając w niej powód wszelkich swoich niepowodzeń. Jej pupilami było pozostałe rodzeństwo dziewczynki, które z czasem zaczęło traktować ją jak matka. Jedynie starszy brat Tom oraz rodzina jej największej przyjaciółki Claire, która nie tylko często gościła dziewczynkę u siebie w domu, ale nawet kupowała jej nowe ubrania, a nawet ojciec dziewczynki traktowali ją w miarę przyzwoicie. Jednak ten ostatni często pozostawał pod presją despotycznej żony i musiał ukradkiem sprawiać przyjemność swojej przyrodniej córce. Po latach Cassie przeżyła szok dowiadując się, że jej biologicznym ojcem jest jej ojciec chrzestny. Człowiek, który nie tylko przez długi czas molestował ją seksualnie, ale też z którym jako kilkunastolatka przeżyła swój pierwszy akt seksualny. Upokarzana, okłamywana i gwałcona w dzieciństwie dziewczynka w dorosłym życiu nie może sobie poradzić z traumą, jaka ją spotkała w dorosłym życiu.

Książka „Pokochaj mnie mamo” jest pierwszą z serii „pisane przez życie”, którą dane mi było przeczytać. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Chwilami, zwłaszcza przy fragmentach opisujących przemoc seksualną wujka Billa wobec nastoletniej Cassie, łzy same płynęły mi po policzkach. Dotychczas znałam te sceny od strony osoby trzeciej, na przykład policjanta, albo lekarza wykonującego obdukcję. Teraz mogłam przeczytać odczucia ofiary gwałtu z jej własnej perspektywy. To straszne, jak ją traktował człowiek któremu zaufała i którego kochała na swój dziecinny sposób. Co gorsza, kiedy powiedziała o tym swojej matce, ta po prostu ją zignorowała i nazwała kłamczuchą.

Dziewczynka nie otrzymała od matki żadnego wsparcia ani pocieszenia. Kobieta była nie tylko zła i okrutna wobec córki, która nie była dzieckiem jej ojca, ale i doskonale potrafiła grać przed innymi wzorową matkę. Robiła to tylko na pokaz, bowiem zaraz po zostaniu z córką sam na sam, wracał jej podły charakter. Cassie tak naprawdę była jej potrzebna tylko po to, aby kobieta podwyższyła swoją pozycję społeczną. Dziewczynka musiała robić wszystko pod batutę matki, nie miała prawa mieć własnego zdania na dany temat.

Cała ta sytuacja poskutkowała tym, że w dorosłym życiu nie potrafiła się odnaleźć. Kolejne małżeństwa kończyły się niepowodzeniem, w pewnym momencie odebrano jej prawa rodzicielskie do synka Jacka, który trafił do adopcji. Obejrzawszy jeden z programów telewizyjnych stwierdziła, że przyczyną wszelkich jej niepowodzeń są antydepresanty, które brała w ogromnych ilościach od czasów, kiedy była nastolatką. Postanowiła walczyć z swoim uzależnieniem, w czym wspierały ją dwie cudowne córki – Melissa oraz Lucy. Dzięki swojej wytrwałości i konsekwencji w działaniu Cassie nie tylko wyrwała się ze zgubnych szpon nałogu, ale i znaleźć miłość swojego życia.

Oprawcy kobiety nigdy nie przeprosili jej za krzywdy, jakich zaznała z ich strony. Jej ojciec chrzestny Bill zmarł na wylew nie odzyskawszy przytomności. Matka nawet na łożu śmierci grała ofiarę oraz troskliwego rodziciela. Mimo, że nigdy nie była dla swojej córki matką, ta towarzyszyła jej w ostatniej drodze, a wraz z jej trumną pogrzebała swoje wspomnienia z dzieciństwa.

129. „S@motność w sieci” Janusza Leona Wiśniewskiego


Tytuł: „S@motność w sieci
Autor: Janusz Leon Wiśniewski
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2001
Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka; Bauer
Liczba stron: 352
Moja ocena: 7/10

Czy wyobrażacie sobie życie bez komputera i Internetu. Z całą pewnością byłoby ono znacznie trudniejsze. A jeszcze dwadzieścia lat temu posiadanie wielkiej skrzynki i monitora przypominającego swoimi gabarytami telewizor było synonimem luksusu. Posiadaczy laptopa i łącza internetowego traktowano jak zesłańców gwiazd. Jednym z takich szczęśliwców był Jakub, główny bohater powieści Janusza Leona Wiśniewskiego – „S@motność w sieci”.

Fabułę powieści znałam już z filmu pod tym samym tytułem, na który poszliśmy z klasą w ramach godziny wychowawczej w 1 klasie liceum. Wtedy jednak Internet nie odgrywał w moim życiu tak dużej roli jak dzisiaj, a moje internetowe rozmowy ograniczały się do znajomych z aktualnymi bądź gimnazjalnymi kolegami z klasy, ewentualnie znajomymi z osiedla. Z czasem zaczęłam nawiązywać kontakty z zupełnie nieznanymi sobie ludźmi z sfery sieci. A jednocześnie w moim umyśle zaczęło coraz częściej pojawiać się pytanie: Kto tak naprawdę znajduje się po drugiej stronie ekranu? Na szczęście w mojej domowej biblioteczce znalazła się pozycja, na podstawie której został nakręcony film. A że ekranizacja zawszę różni się od książki, postanowiłam zbadać te różnice.

Akcja książki toczy się w 1996 roku. Jakub to młody, przedsiębiorczy mężczyzna pracujący w jednym z warszawskich przedsiębiorstw. Jego atrybutem jest laptop, ówczesny symbol nowoczesności i postępu techniki. Często przebywa też w sieci, zabijając tym samym nudny czas w swojej pracy. Podczas jednego takiego dnia nawiązuje znajomość z tajemniczą Ewą. Od tego momentu jego życie zmienia się nie do poznania – Jakub nie wyobraża sobie dnia bez wysłania wirtualnej ukochanej choćby krótkiej wiadomości tekstowej. Z czasem wysyła jej drobne upominki. Jego marzeniem jest spotkanie nieznajomej kobiety. Nawet mu się to prawie udaje, kiedy jedzie w delegację pociągiem. Nie wie jednak, że tym samym kursem przemieszcza się jego Ewa. I chociaż ich oczy spotykają się ze sobą, to jednak żadne z nich nie rozpoznaje w sobie rozmówcy z komunikatora Internetowego. Ewa jednak tylko pozornie odwzajemnia jego uczucie. Rozczarowanie jest dla mężczyzny potwornym ciosem.

W naszej kulturze utarło się, że mężczyzna powinien być twardy i nie okazywać typowo „babskich” uczuć. Tymczasem Jakub to wrażliwy samiec, któremu brakuje kobiecego ciepła. Najlepiej to widać po fragmencie, w którym zastanawia się, czy jego nieżyjącą matkę bolało, kiedy go rodziła. Osobiście ryczałam, kiedy o tym czytałam. Zupełnym jego przeciwieństwem jest Ewa, kobieta bezwzględna i wyrachowana, czerpiąca korzyści tylko dla siebie samej.

Książkę przeczytałam jednym tchem. Być może dlatego, że tak bardzo odpowiada współczesnym czasom. Jej bohaterowie posługują się telefonem komórkowym, kartą kredytową, piszą do siebie krótkie wiadomości. A jak bardzo ich komunikator ICQ przypomina dobrze znane nam gg? To przecież nasze życie. Dodatkowo książka zmusiła mnie do pewnych przemyśleń: kim jest ten, kto siedzi po drugiej stronie ekranu? Czy jest tym, za kogo się podaje, czy kimś zupełnie innym. Czy warto zdradzać mu wszystkie tajniki swojego życia? Czy niewinny internetowy flirt może być odebrany jako coś więcej? Dzięki niej bardziej też uważam na podawane przeze mnie informacje moim internetowym rozmówcom.