108. „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy


Tytuł: „Chce się żyć
Autor: Maciej Pieprzyca
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2013
Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B
Liczba stron: 256
Moja ocena: 9/10

Kiedy byłam mała rodzice usłyszeli, że mam dziecięce porażenie mózgowe czterokończynowe, nie będę mówić, ani się przemieszczać, a mój rozwój intelektualny stanął na poziomie kilku miesięcy. Wszystko dlatego, że w wieku 3 lat jeszcze nie siedziałam, a jedynymi dźwiękami jakie wydawałam były nieartykułowane słowa. Ale rozumiałam wszystko, chociaż nie potrafiłam przekazać tego światu zewnętrznemu. Kilkumiesięczne dziecko nie ogląda jednak godzinami obrazków w „Elementarzu” Falskiego, nawet jeżeli miałoby zaślinić wszystkie jego strony, a potem nie reaguje na zobaczone rzeczy, podobne do tych, które były na obrazkach. Rodzice nie wierzyli w słowa specjalistów, a nawet zapisali mnie do przedszkola w placówce dla dzieci niepełnosprawnych. Był rok 1994. Symbole Blissa, gdzie każdy znaczek coś oznaczał, dopiero dotarły do naszego kraju i niewielu specjalistów miało odpowiednie kompetencje w tej pionierskiej dziedzinie porozumiewania się. Na szczęście pani pedagog pracująca w placówce kilka miesięcy wcześniej odbyła odpowiedni kurs w tej specjalizacji, a ja byłam jedną z pierwszych jej pacjentów. Po kilku godzinach „nauki” wszyscy już wiedzieli, że nie jestem niedorozwinięta umysłowo, a nawet przewyższam swoją wiedzą moich rówieśników. Ten język symboli towarzyszył mi przez rok, czyli do czasu, kiedy opanowałam trudną sztukę wypowiadania wyrazów.

Jakże podobna jest historia Mateusza Rosińskiego, głównego bohatera książki Macieja Pieprzycy, „Chce się żyć”. Wszystko zaczyna się 5 maja 1981, kiedy po ciężkim porodzie chłopiec przychodzi na świat. Kiedy po kilku miesiącach matka zauważa niepokojące zachowanie syna, lekarka bagatelizuje problem. Tym czasem z biegiem lat zaczyna się on pogłębiać. W końcu trzy lata później troskliwa matka z ust tej samej lekarki słyszy diagnozę, która brzmi jak wyrok – chłopiec cierpiał na czterokończynowe porażenie mózgowe, a po testach psychologicznych, których nota bene nie mógł wykonać ze względu na swoją spastykę rąk, dodano że jest nierozumiejącą świata roślinką. Rodzice Mateusza jednak się nie poddali i traktowali go jak normalne dziecko. Minęło kilka lat. Mateusz rósł. Pewnej nocy tata obiecuje mu, że pokaże jak spadają gwiazdy. Przygotowuje dla młodszego synka pokaz sztucznych ogni. Niestety, ginie tej samej nocy spadając z rusztowania. Od tej pory nic już nie jest takie same. Kiedy zdrowie matki zaczęło szwankować, starszy brat musiał iść do wojska, a siostra spodziewała się dziecka, rodzina zmuszona była oddać dziewiętnastolatka do ośrodka dla osób niepełnosprawnych umysłowo. Pomimo tego, że jest on położony w pięknej, górskiej okolicy, matka odwiedza go w każdy poniedziałek, a Tomek przysyła kartki pocztowe z każdej wyprawy morskiej, Mateusz czuje się bardzo samotny. Chciałby porozmawiać z kimś, ale nie wie jak. Nikt przecież nie umie czytać w jego myślach, a każda próba skontaktowania się z otoczeniem zostaje odebrana jako atak epilepsji i kończy się podaniem zastrzyku. Nie oznacza to jednak, że chłopak nic nie rozumie. W końcu Mateusz popada w depresję, a nawet zaczyna nienawidzić swoją matkę. Wszystko zmienia się, kiedy któregoś dnia podczas zajęć rehabilitacyjnych poznaje terapeutkę Jolę. Kobieta pokazuje mu symbole Blissa umożliwiające porozumiewanie się niemym osobom z otoczeniem. Mateusz okazuje się pojętnym uczniem i w końcu uświadamia wszystkim, że „nie jest rośliną”.

Maciej Pieprzyca w swojej książce przedstawia świat tysięcy dzieci na całym świecie, których niezwykłe umiejętności umysłowe zamknięte są w bezwładnych ciałach. To nie jest prawdą, że w latach 80 nie słyszało się o mózgowym porażeniu dziecięcym, bo ostatnio trafiłam na publikacje z lat 50, które już piszą o tym schorzeniu. Niekompetencje lekarki badającej kilkumiesięcznego Mateuszka bardziej przypisywałabym panującej sytuacji w kraju, niż jej niewiedzy. Mateusz miał jednak to szczęście, że trafił na niezwykłych rodziców. Zwłaszcza ojciec, który wieczorami siadał z synem na wersalce tłumacząc mu tajniki kosmosu oraz poświęcając mu swój wolny czas. Jedyną osobą, która nie zaakceptowała chłopca była jego siostra, Matylda. Podczas lektury znalazłam też to, co najbardziej mnie bolało, kiedy byłam mała – wygłaszane przy mnie opinie, że jestem głupia i nic nie rozumiem. Niestety, podobnie jak Mateusz, rozumiałam wszystko co się wokół mnie działo, tylko nie umiałam tego przekazać.

W książce zostaje poruszony bardzo ważny według mnie problem, jakim jest seksualność osób niepełnosprawnych. Wiele osób myśli, że skoro osoba jest niesprawna fizycznie, a nawet umysłowo, to nie jest zdolna do wyższych uczuć, a nawet wręcz nie posiada popędu seksualnego. To oczywiście nieprawda. Większość z nas, podobnie jak Mateusz, zakochuje się w płci przeciwnej, kobiety mają okres, mężczyźni zmazy nocne. To zachowania zarezerwowane dla wszystkich ludzi. A odrzucenie jest dla nas tak samo bolesne, jak dla naszych pełnosprawnych rówieśników. Doskonale to widać w relacjach najpierw Mateusza z sąsiadką z bloku naprzeciwko, Anką, a następnie z wolontariuszką Magdą. Tak naprawdę były one jednymi z niewielu osób spoza otoczenia Mateusza, które widziały w nim inteligentnego chłopaka.

Inną sprawą jest traktowanie podopiecznych przez pracowników domu opieki. Wszyscy traktowani byli schematycznie, wręcz stereotypowo. Nikt nie poświęcał chwili swojego czasu dla Mateusza, który przecież tego potrzebował. Co gorsze, kiedy miał kłopoty z jedzeniem i kaleczył zębami przednimi dolną wargę, zostały mu one usunięte w gabinecie dentystycznym. Oczywiście dla wygody karmiącego go personelu. Zainteresowano się nim dopiero wtedy, gdy spadł ze schodów i trafił do szpitala.

Jest jeszcze jedna rzecz, która zachwyciła mnie w książce – to zapisanie każdego rozdziału w postaci języka Blissa. Dzięki temu czytelnicy mogą zobaczyć, jak on wygląda(ja osobiście nie potrafię wytłumaczyć go obcym osobom, a nie noszę ze sobą segregatora z symbolami). Poza tym lektura zachwyca. Sama przeczytałam ją w 3 godziny. A przede wszystkim pokazuje, że życia osoby niepełnosprawnej ruchowo, ale wpełnisprawnej umysłowo nie jest takie bezbarwne, jak by się mogło wydawać.

107. „Biegnij chłopcze, biegnij” Uri’go Orleva


Tytuł: „Biegnij chłopcze, biegnij
Tytuł oryginalny: „Lauf Junge, lauf”
Autor: Uri Orlev
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2013
Wydawnictwo: Wydawnictwo W.A.B
Liczba stron: 240
Moja ocena: 10/10

Temat holokaustu nie jest łatwy do przedstawienia, zwłaszcza jeżeli jego głównymi bohaterami są jego najmłodsze ofiary. Uri Orlev zrobił to jednak znakomicie. Być może dlatego, że sam przeżył jego piekło na własnej skórze? Pisarz urodził się w 1931 roku, w warszawskiej żydowskiej rodzinie. Po wybuchu II wojny światowej trafił z matką i młodszym bratem do getta warszawskiego. Czy widział wtedy Srulika Friedmana? Po śmierci matki chłopcy wraz z ciotką przedostają się na polską stronę getta, skąd w 1943 roku trafiają do obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen(zaczęłam się zastanawiać, czy spotkał w nim innego znanego mi dziecięcego więźnia – Jony Oberskiego, który też napisał wspomnienia z czasów, kiedy tam przebywał). Po zakończeniu wojny chłopcy zostają wysłani do Palestyny. Tam Uri poznaje Yorama Friedmana, któremu udało się przetrwać wojenne piekło jako… Jurek Stanek. Oczarowany niezwykłą historią postanawia przenieść ją na papier.

Akcja rozpoczyna się pewnego dnia, kiedy Dawid opowiadał swojemu młodszemu bratu, Srulikowi, o realiach życia po aryjskiej stronie warszawskiego getta, do którego przenieśli rodzinę jakiś czas temu. Kilka dni później rodzice uciekają z Srulikiem z odgrodzonego obszaru miasta. Ich ucieczka nie trwała długo – wkrótce matka z synem zostają złapani przez Niemców i odstawieni na nowo do getta, ojcu udaje się uciec. Rodzina cierpi głód, toteż matka z najmłodszym synkiem wygrzebują z kontenerów resztki jedzenia. Któregoś dnia, kiedy chłopiec znowu szuka odpadków w śmietniku, matka niespodziewanie znika. Ponieważ nie wie gdzie mieszka, przyłącza się do spotkanej grupki chłopców. Po jakimś czasie Srulikowi udaje się przy pomocy woźnicy uciec z getta. Wolność nie jest jednak taka piękna, jakby się mu mogło wydawać. Chociaż na początku ośmiolatkowi udaje się znaleźć w pobliskim lesie grupkę chłopców, także uciekinierów, którzy uczą go zasad życia wśród Polaków, to po pewnym czasie chłopiec ponownie zostaje sam. Od tego czasu przedstawia się jako Jurek Stanek. Mimo swojego wieku jest bardzo zaradny życiowo. Wykorzystując wskazówki, które usłyszał w lesie, a także te, które potem przekazała mu pewna miła kobieta, zatrudnia się u kolejnych wiejskich rodzin. W pracy nie przeszkadza mu kalectwo, którego się nabawił pracując w młockarni. Dzięki temu jest nie tylko szanowany, ale i udaje mu się przetrwać najgorszy okres w swoim życiu.

Książka przedstawia losy niezliczonej liczby dzieci, które po ucieczce z getta warszawskiego pozostawione zostały samy sobie. Jeżeli nie zostały zastrzelone przez patrole gestapo, albo wydane przez rodziny chcące w zamian za wydanie żydowskiego dziecka dostawały od Niemców pieniądze, zmuszone były radzić sobie w lesie. W ostateczności wyrzekały się swojego żydowskiego pochodzenia, przyjmując wiarę chrześcijańską. Tak też postąpił Jurek. Jednak w pamięci miał ostatnie słowa ojca, który chcą ocalić synka, sam poświęcił swoje życie – pamiętaj synku, że możesz wszystkiego zapomnieć, ale nigdy nie możesz wyrzec się swojej wiary. Być może dzięki tym słowom po skończonej wojnie postanowił wrócić do swojego pochodzenia.

„Biegnij chłopcze, biegnij” to nie jest banalna historia o życiu wyznawców judaizmu podczas II wojny światowej. To piękna, oparta na faktach opowieść o odwadze i zaradności życiowej. Autor w prostych słowach przedstawia brutalną rzeczywistość, widzianą oczami zaledwie ośmioletniego dziecka. Postawa Jurka wzrusza, zwłaszcza kiedy traci swoją prawą rękę. Udowadnia tym samym, że nawet mając pewien ubytek na zdrowiu, można pracować fizycznie. Wystarczy tylko znaleźć sposób jak to zrobić. Myślę, że ta postać powinna być wzorem do naśladowania dla dzisiejszej młodzieży.

106. „Kamerdyner. Świadek historii” Wila Haygooda


Tytuł: „Kamerdyner. Świadek historii
Tytuł oryginalny: „The Butler. A Witness to Histrory”
Autor: Wil Haygood
Tłumaczenie: Aleksandra Ambros
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2013
Wydawnictwo: Wydawnictwo Marginesy
Liczba stron: 184
Moja ocena: 7/10

W 2008 roku miała miejsce bezprecedensowa sytuacja. W wyniku wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych na urząd głowy państwa został wybrany czarnoskóry kandydat Partii Demokratycznej, czterdziesto siedmio letni Barack Obama. Świat oniemiał. Nigdy wcześniej nie miała miejsca podobna sytuacja. Co prawda Barack spełniał wszystkie warunki kandydatury, m.in. urodził się w Stanach, jednak i tak wszyscy zaniemówili, a za razem podziwiali decyzję Amerykanów.

W dniu wyborów do urny poszedł stary, prawie dziewięćdziesięcioletni mężczyzna. Był przygnębiony, ponieważ kilka dni wcześniej stracił żonę. Drżącą dłonią zakreślił na liście kandydaturę ciemnoskórego prezydenta. Sam był mulatem. Ale to nie był taki zwykły przedstawiciel ciemnoskórej populacji amerykańskiej. Eugene Allen, bo tak miał na imię ten niepozorny staruszek, był kamerdynerem, czyli starszym lokajem nadzorującym podawanie do stołu lub prace porządkowe, ośmiu amerykańskich prezydentów sprawujących swój urząd w Białym Domu.

Wil Haygood jest amerykańskim pisarzem i dziennikarzem. Po wysłuchaniu wystąpienia Baracka Obamy wygłoszonego w Chapel Hill w Północnej Karolinie postanowił pobuszować w historii Białego Domu w poszukiwaniu jakiegoś czarnoskórego mężczyzny lub kobiety, którzy w przeszłości wykonywali w nim prace porządkowe. Ukrytymi ścieżkami dotarł do mieszkanki Florydy, dawnej pracownicy Białego Domu, która skierowała go do Allena.

Pierwsze spotkanie mężczyzn przebiegało w niezwykle przyjaznej atmosferze. Wil poznał nie tylko Eugene, ale i jego małżonkę, Helene. Ku zdumieniu dziennikarza z rozmową musiał poczekać, aż skończy się ulubiony teleturniej małżonków – „The Price Is Right”. Opłacało się jednak czekać. Wil usłyszał bowiem jedną z najpiękniejszych historii w swoim życiu – o miłości, przywiązaniu, zaufaniu. A wszystko to roztaczało się na tle wydarzeń dziejących się w Białym Domu. Wzruszająca  okazała się opowieść o zorganizowaniu przez Eugene dla dzieci zabitego prezydenta Kennedy’ego, czy też emocje towarzyszące małżeństwu Allen podczas udziału w niezliczonych bankietach organizowanych przez Biały Dom. Chociaż to głównie Eugene opowiada o tym co przeżył, Helene też dorzuca do tych opowieści swoje trzy grosze. Jednak największa niespodzianka czeka Wila na koniec spotkania – Eugene prowadzi go do piwnicy, gdzie wraz z żoną, trzymają pamiątki związane z jego pracą dla ośmiu amerykańskich prezydentów. Znajdują się tam nie tylko zdjęcia z uroczystości, ale i szereg magazynów poświęconych głowom państwa.

Drugie spotkanie obu mężczyzn odbyło się tuż po wyborach prezydenckich, kiedy okazało się, że Barack Obama został prezydentem. Ku rozpaczy Haygooda kilka dni wcześniej Helene zakończyła swój ziemski żywot. Nie zdążyła nawet zagłosować na swojego kandydata. Dziennikarz wspierał owdowiałego Eugene. To on pojechał na zaprzysiężenie 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wil towarzyszył byłemu kamerdynerowi do końca. Eugene zmarł bowiem 31 marca 2010 roku w wieku 91 lat.

Historia Eugene Allena była inspiracją do nakręcenia filmu „Kamerdyner”. W książce znajdziemy opis przygotowań do jego nakręcenia, a także krótką historię zatrudniania w amerykańskich produkcjach czarnoskórych aktorów. Tekst ukazuje, jak bardzo rasistowska była niegdyś Ameryka. Na końcu znajdziemy natomiast krótkie notatki zawierające opisy walki pięciu amerykańskich prezydentów z rasizmem w swoim kraju. Wśród nich znajdziemy takie osobliwości jak Dwight D. Esenhower, John F. Kennedy, Lyndon B. Johnson, Richard M. Nixon oraz Ronald Reagan. Autor pokazuje, jak dużą rolę odegrali w pokazywaniu obywatelom, że czarnoskórym ludziom powinno się okazywać taki sam szacunek, jak każdemu innemu człowiekowi.

Książka, chociaż niewielkich rozmiarów, zawiera pięknie przedstawioną historię czarnoskórego  prezydenckiego lokaja. Lekki język pozwala na szybkie przeczytanie lektury, a barwne ilustracje dodatkowo wzbogacają całą publikację.

105. „Papież i ja” Jerzego Krugera


Tytuł: „Papież i ja
Tytuł oryginalny: „The Pope and I. How the Lifelong Friendship between a Polish Jew and John Paul II advanced the Cause of Jewish-Christian Relations”
Autor: Jerzy Kruger
Tłumaczenie: Paweł Borkowski
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2013
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX
Liczba stron: 302
Moja ocena: 9/10

Nie będę ukrywać, że osoba papieża Jana Pawła II od zawsze mnie intrygowała. O ile czasy jego pontyfikatu zostały dosyć dokładnie opisane, o tyle lata dzieciństwa papieża wiadomo tak naprawdę niewiele. Niezwykle pomocne w odtworzeniu tego okresu życia Karola Wojtyły okazują się wspomnienia osób, które go znały. Po przeczytaniu rewelacyjnej „Kochanej starej budy…” zawierającej wspomnienia kolegów i nauczycieli z wadowickiego gimnazjum poczułam jednak mały niedosyt. Wśród wszystkich wypowiedzi brakowało mi jednak wspomnień jednego z najbliższych przyjaciół przyszłego papieża, syna Przewodniczącego Gminy Żydowskiej w Wadowicach, Jerzego Klugera. Uważałam, że jego wypowiedzi mogłyby być niezwykle ciekawe. Dlatego ucieszyłam się niezmiernie, kiedy na polski rynek wyszła książka napisana przez Jerzego, nosząca prosty tytuł „Papież i ja”. Chociaż chciałam ją przeczytać w chwili, w której ją zobaczyłam, to jednak musiałam czekać na ten moment grubo ponad rok.

Przez cały ten czas zastanawiałam się, czego nowego dowiem się z tej pozycji o Karolu Wojtyle? A może przeczytam dobrze znaną mi historię, tylko że napisaną zupełnie innym językiem? Jedno wiedziałam na pewno – nie znajdę odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie, jeżeli nie przeczytam tej pozycji.

To jest poruszająca opowieść o przyjaźni polskiego katolika i Żyda z małego polskiego miasta – przyjaźni pogłębionej wskutek wielkich tragedii ludzkich, które rozgrywały się wokół nich w okresie ich młodości oraz międzynarodowych sporów, które w dużej mierze naznaczyły ich wspólne lata dojrzałe” – to pierwsze zdanie, jakie znajdziemy w książce Jerzego Klugera. Pomyślałam sobie, że jest to niezła zachęta do przeczytania kolejnych zapisanych stron. Lektura okazała się jednak niezwykle wciągająca, przynajmniej dla mnie.

Wraz z Jerzym Klugerem odbywamy magiczną  podróż w czasie. Rozpoczyna się ona w niewielkim mieście położonym u podnóża Beskidów, Wadowicach. Tworzą je dwie społeczności – polska i żydowska. W pierwszy dzień szkoły powszechnej pięcioletni Jurek poznaje niezwykłego kolegę, którego znał już z widzenia. O rok starszy chłopiec przedstawił się jako Lolek Wojtyła. Chociaż dzieli ich wyznawana religia, szybko rodzi się między nimi nić przyjaźni. Chłopcy odwiedzają się nawzajem, razem odrabiają prace domowe oraz czytają książki w domu Karola i słuchają muzyki w domu Jurka. Nie dziwi ich to, że Jurek przychodzi do kościoła, a Lolek z ojcem do wadowickiej synagogi na koncert znanego żydowskiego kantora. Przyjaciół rozdziela wyjazd na studia – Lolek udał się na polonistykę w Krakowie, Jurek zaś pojechał do Warszawy studiować na politechnice. Kolejne ich spotkanie odbyło się w latach 60, kiedy Karol Wojtyła, już jako kardynał, reprezentował Polskę na II Soborze Watykańskim. Radości nie było końca. A kiedy Wojtyła został papieżem, w środowisku żydowskim odrodziła się nadzieja, że poprawią się stosunki pomiędzy wyznawcami judaizmu, a chrześcijanami. Głównym łącznikiem pomiędzy jednym, a drugim światem był mieszkający w Rzymie Jerzy. To on wraz z rodziną byli pierwszymi osobami, którzy mogli podejść do nowo wybranego papieża podczas pierwszej audiencji, to on towarzyszył Karolowi podczas najważniejszych spotkań z wielkimi rabinami, to on reprezentował papieża podczas odsłonięcia tablicy upamiętniającej getto w Wadowicach. To on wraz z rodziną był jedną z ostatnich osób, które otrzymały błogosławieństwo w ostatnich dniach życia jego wielkiego kolegi. To on słyszał bicie rzymskich dzwonów, obwieszczające śmierć Jana Pawła II.

Jerzy Kluger przeżył swojego wielkiego kolegę z wadowickich lat życia o 6 lat. Zmarł 31 grudnia 2011 roku, siedem miesięcy po beatyfikacji Jana Pawła II. Książka powstała w ostatnich miesiącach jego życia. Czytając wspomnienia ma się wrażenie, że słucha się sędziwego starca siedzącego w bujanym fotelu. Sprawia to narracja pierwszoosobowa oraz pełne emocji opisy wydarzeń. Jerzy opisuje szczegółowo życie w międzywojennych Wadowicach oraz wojenną tułaczkę. Czyli otrzymałam to, o co mi chodziło. Wzruszające jest to, że dla Jurka Jan Paweł II do końca pozostał Lolkiem. Jerzy napisał piękny pamiętnik, który w poruszający sposób przedstawiał niemożliwą pozornie przyjaźń, pomiędzy Żydem, a chrześcijaninem. Jak napisano we wstępie: „Te pamiętniki nie tylko pomogą wszystkim chętnym zrozumieć powody, dla których Jan Paweł II tak intensywnie angażował się w dialog katolicko-żydowski, lecz także dostarczą przyjemnej lektury, przekazując skąp likowane niekiedy prawdy z ludzkim ciepłem i dozą humoru.”.