84. „Magiczne drzewo. Czerwone krzesło” Andrzeja Maleszki


Tytuł: „Magiczne drzewo. Czerwone krzesło”
Seria: „Czerwone krzesło
Tom w serii: 1
Autor: Andrzej Maleszka
Miejsce i rok wydania: Kraków, 2009
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Liczba stron: 240
Moja ocena: 8/10 

Przed Dniem Dziecka szukałam czegoś lekkiego do poczytania. Kiedyś czytałam całkiem niezłą recenzję książki autorstwa Andrzeja Maleszki, „Magiczne Drzewo. Czerwone krzesło”. Osobiście bardzo podobał mi się serial nakręcony przez telewizję polską, przedstawiające losy przedmiotów wykonanych z powalonego przez ogromną burzę dębu, który posiadał niezwykłą moc. Lubiłam wyobrażać sobie, że mam takie magiczne sanie, kostkę, kredkę, berło, polano, kredens i parę butów. Wieczorami marzyłam, że dzięki tym przedmiotom posiadam niesamowite zdolności. Było to dla mnie o tyle ważne, że moja niepełnosprawność odróżniała mnie od innych dzieci.
Kiedy w 2009 roku na ekrany polskich kin weszła produkcja „Magiczne drzewo. Czerwone krzesło”, nie mogłam się na nią udać z powodu pobytu w szpitalu. Mogłam jednak obejrzeć kilka lat później film w telewizji. Pamiętam, że zaśmiewałam się do łez. Teraz nie było inaczej, czytając o przygodach trójki dzieci posiadających niezwykłe, czerwone krzesło.
Filip, Tosia i Kuki to niezwykłe dzieci. Mają kochających się rodziców, którzy chwilowo poszukują pracy. Któregoś dnia do ich domu ma przyjść z wizytą znienawidzona ciotka Matylda. Matka dzieci wysyła je po tort bezowy i kilka ciastek do sklepu. W drodze powrotnej Kuki wyławia z rzeki czerwone krzesło. Uradowany bierze nowy mebel do domu. Kiedy dzieci wracają z powrotem widzą, jak pod ich kamienicę podjeżdża samochód ich ciotki, która od razu prawi maluchom uwagi. Nieświadomy niczego Kuki siada na nowym meblu i mówi, że chce, aby auto Matyldy zostało zapaskudzone przez ptaki. Ku ich zaskoczeniu życzenie się spełnia. Tymczasem rodzice dzieci dostają pracę na najbardziej luksusowym statku pasażerskim. Przez słowa ciotki, wypowiedziane podczas siedzenia na czerwonym krześle, przyjmują propozycję i zostawiają pociechy z zrzędliwą krewną. W nowym domu dzieci czują się nieswojo, a ich jedyną powiernicą jest udająca głuchoniemą służąca Marcelina. Filip, Tosia i Kuku szybko poznają tajemnicze właściwości nowego nabytku. Zgodnie postanawiają wykorzystać je do odczarowania uroku, jaki ciotka rzuciła na ich rodziców. Na ich drodze staje znienawidzona ciotka. Filip za pomocą krzesła sprawia, że z czterdziestoletniej kobiety zamienia się ona w… siedmioletnią dziewczynkę. Czwórka dzieci wraz z czerwonym krzesłem przemierzają drogę do Kopenhagi, gdzie na kilka godzin ma zacumować pasażerski statek. Czyha na nich wiele przygód oraz niebezpieczny złodziejaszek, niejaki Max Rozmus, który niegdyś dał pracę ich rodzicom.
Podobnie jak podczas oglądania filmu, tak i teraz zaśmiewałam się do łez. Szczególnie kiedy dzieciaki podczas podróży kolejny raz wykiwały, często zupełnie nieświadomie, Maxa Rozmusa. Zabawne dialogi nadają życia akcji, a pomysłowość dzieci nieprzewidywalna. Wybuchałam śmiechem, kiedy dochodziłam do momentów spełniania marzeń dzieci. Uczy to najmłodszych, że nie zawsze dostajemy to co chcemy w wymarzonej przez nas formie. Zaskakująca jest zmiana relacji małej ciotki z rodzeństwem. Początkowo Filip, Tosia i Kuki gardzili dziewczynką pamiętając jej oschłość z czasów, kiedy była jeszcze dorosła. Z czasem jednak przekonali się, że tylko wspólnymi siłami osiągną zamierzony cel, jakim było dotarcie do stolicy Danii. W książce widzimy też relacje dzieci – rodzic. Nie zawsze są takie, jakbyśmy sobie tego życzyli, jednak rodzice zawsze będą kochać swoje dzieci mimo wszystko. Podoba mi się też zakończenie, o ile w filmie było ono dla mnie niezrozumiałe, o tyle teraz wszystko stało się dla mnie jasne.
„Magiczne drzewo. Czerwone krzesło” to doskonała propozycja dla dzieci uczących się w szkole podstawowej. Główni bohaterowie są w tym przedziale wiekowym, więc czytelnikom łatwo będzie zrozumieć ich emocje i zachowania. A ja zmierzam do przeczytania kolejnych części sagi…

83. „Zbrodnia w błękicie” Katarzyny Kwiatkowskiej


Tytuł: „Zbrodnia w błękicie
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Miejsce i rok wydania: Poznań, 2011
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 380
Moja ocena: 6,5/10 

„Zbrodnia w błękicie”, to moje pierwsze spotkanie z polską autorką powieści kryminalnych, młodszą siostrą nieodżałowanej Joanny Chmielewskiej, pani Katarzyny Kwiatkowskiej. Wypożyczając książkę zupełnie nie miałam pojęcia, czego mam się po niej spodziewać. Tym bardziej, że sama Chmielowska zupełnie nie przypadła mi do gustu. Przeczytałam jedną jej książkę i powiedziałam dosyć! Ale Kwiatkowska reprezentuje zupełnie inne pokolenie niż Chmielowska. Miałam nadzieję, że jej powieść będzie dużo ciekawsza. Nie myliłam się.

Akcja powieści rozgrywa się gdzieś w końcu XIX wieku. Do pałacu w Tarnowicach przybywa niejaki Jan Morawski. Ponieważ za oknem panuje prawdziwa zadymka śnieżna, zostaje wpuszczony do środka. Podczas spożywania posiłku z właścicielami rezydencji zmuszony jest wysłuchiwać ich wzajemnych żalów i pretensji. Na drugi dzień w jednym z pomieszczeń zostaje odkryte ciało kobiety. W tym momencie Morawski pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Postanawia za wszelką cenę znaleźć sprawcę zbrodni, pomimo przeciwności, które zsyła mu los.

Pierwszy raz spotykam się z gatunkiem retro w powieści. Moje wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Autorka w ciekawy sposób opisuje nie tylko badanie poszlak przez detektywa-amatora, ale też to, co można wyczytać między wierszami – walka z polskim zaborcą, wiele wątków historycznych, czy też liczne intrygi obyczajowe, charakterystyczne dla tamtej epoki.

Osobiście uważam, że Joanna Chmielowska ma godnego siebie następcę. Mam nadzieję, że jej fani podzielą moją opinię po przeczytaniu tej książki.

82. „Czerwony sztorm” Toma Clancy


Tytuł: „Czerwony Sztorm”
Tytuł oryginalny: „Red Storm Rising”
Autor: Tom Clancy
Tłumaczenie: Michał Wroczyński
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2006
Wydawnictwo: AMBER
Liczba stron: 728
Moja ocena: 5/10

Tak jak pisałam, po przeczytaniu beznadziejnego „Czerwonego Królika” oraz rewelacyjnego „Polowania na Czerwony Październik” postanowiłam dać autorowi tych książek, Tomiemu Clancemu, jeszcze jedną szansę. Nie mogłam się bowiem zdecydować, czy go lubię, czy też nie. Zresztą polecony mi przez trenerkę „Czerwony Sztorm” zaczęłam czytać w tym samym czasie co „Polowanie na Czerwony Październik”, co dodatkowo wpływało na chęć poznania całej historii(zapewniam, że gdybym czytała ją razem z „Czerwonym Królikiem”, to sytuacja byłaby raczej odwrotna). Szkoda tylko, że trenerka nie uprzedziła, że czeka mnie lektura licząca 726 stron napisanych raczej maczkiem. Nie przeżyłabym szoku, podczas odbierania jej z biblioteki. A tak musiałam tylko zagryźć zęby i wziąć się do roboty.

O czym jest książka? Powiedziałabym, że jest to luźna interpretacja wybuchu i przebiegu III wojny światowej, którą wypowiada Zachodowi ZSRR. Kiedy muzułmańscy terroryści napadają i niszczą jedną z syberyjskich rafinerii ropy naftowej, Związek Radziecki staje w obliczu kryzysu ekonomicznego. Na Kremlu powstaje tytułowy „Czerwony Sztorm”, który ma na celu uderzenie w bogaty Zachód. Przez kolejne bitwy Kreml staje się coraz bardziej uboższy w zasoby militarne.

Fabuła wbrew nie jest łatwa. Akcja toczy się w latach 80, które niestety mnie nie dotyczą. Dużo pojawia się szczegółowych, a niekiedy wręcz masakrycznych opisów. Niejednokrotnie musiałam przerwać czytanie i odpocząć, kiedy dochodziło do opisów zabójstw, gwałtów, czy też wybuchów bomb i torped. Dialogi też zbytnio mnie nie powaliły, a czasami wręcz nużyły. Ale miałam i chwilę wzruszenia – na przykład kiedy jeden z kapitanów łodzi podwodnej, Morris, musiał pochodzić po domach członków swojej załogi i oznajmić najbliższym, że członkowie ich rodzin już nigdy nie wrócą do domu. Trochę irytowała mnie też postać Vidgis, zgwałconej kobiety. Nie do końca ją rozumiałam, ale trudno.

Nie lubię opasłych tomów, ale wbrew pozorom książkę czytało mi się szybko. Dzięki usytuowaniu akcji w różnych miejscach akcja nie jest monotonna. Co prawda brakowało mi znanego z innych powieści pisarza Jacka Ryana, ale z czasem zrozumiałam, że i tak nie miałby co robić w tej pozycji. Wojny by raczej nie przerwał. Wbrew pozorom „Czerwony Sztorm” nie jest książką dla każdego. A już na pewno nie dla tych, którzy marzą o szybkiej prostej i przyjemnej lekturze. Bo nad tą pozycją trzeba się porządnie skupić. W przeciwnym razie jej nie zrozumiemy. A Clancy trochę zrehabilitował się w moich oczach.

81. „Szare śniegi Syberii” Ruty Sepetys


Tytuł: „Szare śniegi Syberii”
Tytuł oryginalny: „Between Shades of Gray”
Autor: Ruta Sepetys
Tłumaczenie: Dawid Juraszek, Joanna Bogunia
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2011
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 328
Moja ocena: 10/10

Od pewnego czasu lubię czytać powieści przedstawiające losy ludzi deportowanych w czasach zaborów oraz II wojny światowej na daleką Syberię. Temat zaczął mnie interesować  tak naprawdę po obejrzeniu filmu „Jeniec. Tak daleko jak nogi poniosą”. Wcześniej moja wiedza nie wychodziła zbytnio poza program nauczania historii w szkole. Od czasu emisji filmu wszystko zmieniło się diametralnie. Jak dotychczas moja wiedza została poszerzona o książki „Jeniec. Tak daleko jak nogi poniosą”, „Syberiada polska” oraz „Długi marsz”. Mnie jednak to nie wystarcza, a wiadomo, że przeczytanych książek nigdy za wiele. Zwłaszcza takich, które poszerzają nasze zainteresowania.

Książka Ruty Sepetys „Szare śniegi Syberii” wpadła w moje ręce całkowicie przypadkowo. Poleciła mi ją moja znajoma słysząc, że interesuję się tą tematyką. Zapewniała mnie, że na pewno mi się spodoba, zwłaszcza, że jestem raczej wrażliwa na ludzką krzywdę. Zresztą sama też przeczytałam sobie szereg recenzji na jej temat na forach internetowych. Już wiedziałam, że muszę za wszelką cenę  ją przeczytać. Wystarczyło tylko wybrać odpowiedni moment do wypożyczenia i przeczytania tej pozycji.

Akcja powieści rozpoczyna się w leżącym na Litwie Kownie, w nocy 14 czerwca 1941 roku. Do drzwi inteligenckiej rodziny, Eleny i Kostasa Vilkasów oraz ich dzieci, Liny i Jonasa pukają oficerowie NKWD. W środku znajdują przerażoną kobietę z dziećmi, którym każą się szybko pakować. W pośpiechu dziewczynka zostawia na swoim biurku bochenek świeżego chleba, czego będzie potem długo żałować. Przerażona rodzina zostaje zapakowana na ciężarówkę, na której znajdują się już ich znajomi oraz m.in. łysawy mężczyzna, który przy próbie ucieczki łamie sobie nogę oraz kobieta imieniem Ona, która właśnie zaczęła rodzić. Samochód zmuszony był podjechać pod szpital. Z powrotem Ona wraca już z swoją córeczką. Wkrótce ciężarówka podjeżdża pod dworzec kolejowy, gdzie ludzie zostają załadowani do wagonów bydlęcych. Podczas postoju na stacji Lina z Jonasem i poznanym Andriusem wymykają się z wagonu i idą na poszukiwanie ojców. Udało im się go znaleźć. Mężczyzna przekazuje im swoją obrączkę i daje słowa otuchy. Przy okazji dzieciaki odkrywają, że jadą w wagonach przeznaczonych dla prostytutek i złodziei. Po paru dniach wagony zostają zaprzężone w lokomotywę, która rozpoczęła ich podróż na wschód. Tragiczne warunki podróży oraz koszmarne jedzenie sprawiają, że coraz więcej ludzi umiera. Wśród nich jest córeczka Ony. Biedna kobieta traci głowę i podczas powrotu z łaźni do wagonu na jednym z postojów, dostaje ataku histerii. Zaskoczony oficer NKWD zabija ją z zimną krwią. Dodatkowo okazuje się, że wagon z mężczyznami zostaje odłączony i jedzie w zupełnie inne miejsce. Po kilku miesiącach Lina dowie się, że do Krasnojarska, gdzie był obóz dla zdrajców. Tymczasem Elena z dziećmi trafia do Atajskiego Obozu Pracy, gdzie dzieli mieszkanie z niemiłą kobietą. Teraz aby przeżyć rodzina musi pracować – kobiety przy uprawie buraków i kopaniu dołów, a Jonas przy robieniu butów. Rodzina byłaby pewnie lepiej traktowana, gdyby podpisała papier, w którym przyznaliby się, do zdrady państwa. Nie zrobili jednak tego, co sprowadziło na nich jeszcze większą represję i podróż aż pod biegun północny.

Historia Liny, chociaż fikcyjna, jest historią tysiąca rodzin deportowanych na Syberię w okresie II wojny światowej. To historia kilku tysięcy dzieci, które zostały sierotami, ponieważ ich rodziców albo zabito za ich przekonania, albo umarli z głodu, choroby, zmęczenia lub wypadków przy pracy. Przejmujące opisy drogi niewinnych osób na daleką Syberię przemawiają do wyobraźni czytelnika. Szczególnie napawały mnie trwogą sceny w zwierzęcym wagonie. Aż trudno w to uwierzyć, ale nawet w tych nieludzkich warunkach szesnastolatka znalazła sposób, aby rozwijać swoją pasję – rysowanie. Rysowała wszędzie i wszystkim. Jej talent został dostrzeżony nawet przez komendanta obozu, który najpierw kazał przerysować jej mapę Związku Radzieckiego, a następnie samego siebie. Dzięki temu dostała większą rację żywieniową dla swojej rodziny. Dodatkowo bardzo spodobały mi się wspomnienia z przeszłości Liny, które zostały sprytnie wplecione w teraźniejszą akcję. Ogólnie rodzina Liny wzbudza wiele pozytywnych uczuć w czytelniku, czego nie mogę już powiedzieć o innych bohaterach powieści. Dużo kontrowersji wzbudzał we mnie Andrius wraz ze swoją matką, którzy dla lepszego traktowania postanowili współpracować z NKWD. Elena też miała taką propozycję, ale ze względu na dumę odmówiła. Z drugiej strony widać było, że kocha Linę i stara się pomóc jej rodzinie, np. kradnąc pomidory dla chorego na szkorbut Jonasa. Nie podobał mi się też wiecznie niezadowolony łysy mężczyzna, który złamał nogę wyskakując z ciężarówki. Podziwiam mamę Liny, że miała  dla niego cierpliwość i nawet oddawała mu swoje racje żywieniowe.

Czytając książkę wiele razy się popłakałam. Rzadko mi się to zdarza, więc książka należy za jedną z najlepszych, jakie dane mi było przeczytać w życiu. Ale z drugiej strony jak się nie wzruszyć czytając o śmierci dzieci, czy też osób wyróżniających się szczególnym altruizmem. Wciągnęła mnie tak bardzo, że cała lektura zajęła mi niecałe dwa dni. Oby więcej takich lektur.