56. „Bez mojej zgody” Jodi Picoult


Tytuł: „Bez mojej zgody”
Tytuł oryginalny: „My sister’s Keeper”
Autor: Jodi Picoult
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2009
Wydawnictwo: Pruszyński i S-ka
Liczba stron: 525
Moja ocena: 9/10

                Jak to jest żyć ze świadomością, że to od ciebie zależy czyjeś życie? Że to dzięki twojej krwi, szpiku czy też organom przedłużone zostaje funkcjonowanie kogoś innego? Na szczęście dotąd nie miałam okazji tego doświadczyć i chyba ze względu na mój stan zdrowia tak zostanie. Tyle się mówi o pozytywach pobierania narządów do przeszczepów, ale co w sytuacji, kiedy ktoś zostaje dawcą na siłę? Czy lepiej kierować się wtedy dobrem chorego, czy może etyką lekarską?

                Przyznam się szczerze, że nigdy wcześniej nie czytałam książek Jodi Picoult. Po „Bez mojej zgody” sięgnęłam przez przypadek. Akurat odkupiłam ją od koleżanki i nie wypadało nie przeczytać. 525 stron przerobiłam w dwa dni. I założę się, że gdyby nie masa czekających mnie obowiązków, to z pewnością zajęłoby mi to dużo krócej.

                W samej autorce zakochałam się od pierwszego zdania. Długo zastanawiałam się, czy przytoczona historia oparta jest na faktach autentycznych, czy może została wymyślona przez Jodi. Po zasięgnięciu informacji w Internecie okazało się, że ta historia wydarzyła się naprawdę.

                Szesnastoletnia Kate w wieku zaledwie dwóch lat zapada na ciężką odmianę białaczkę. Kiedy okazuje się, że starszy brat dziewczynki, Jesse, nie może być dawcą dla siostry, rodzice, za namową lekarzy, postanawiają postarać się o kolejne dziecko. W szpitalnym laboratorium zostaje stworzona idealna probówka, której materiał genetyczny jest idealny, jak DNA Kate. Po dziewięciu miesiącach od nowo narodzonej Anny zostaje pobrana krew pępowinowa. To jednak nie koniec. Przez kolejne lata od dziewczynki pobierane są kolejne dawki krwi, szpik kostny. Po kolejnych przeszczepach stan starszej siostry na chwilę ulega poprawie. Jednak choroba ciągle wraca. Kiedy rodzice chcą pobrać od trzynastolatki jedną nerkę, ponieważ ten organ również odmówił posłuszeństwa Kate, Anna wtacza do sądu pozew, w którym żąda wyłączności o decydowaniu o własnym ciele. Wspiera ją w tym trochę zwariowany adwokat, Campbell Alexander ze swoim wiernym towarzyszem, psem Sędzią oraz kuratorka sądowa, Julia Romero, prywatnie dawna miłość Campbella.

                Akcja powieści rozgrywa się z perspektywy kilku osób: mamy Sary(to od niej poznajemy historię choroby Kate), ojca Briana, Anny, brata Jesse’go, Campbella oraz Julii. Dzięki temu, że akcja powieści nie ma głównego, wiodącego bohatera, poznajemy punkt widzenia każdej ze stron. Jednocześnie widzimy życie rodziny w czasie choroby Kate oraz jej remisji, kiedy ojciec Brian jedzie do kolejnego pożaru oraz przytula zrozpaczoną żonę. Widzimy również dwa obrazy Kate – w pierwszym z nich leży umierająca w szpitalnym łóżku, w drugim jest szczęśliwą nastolatką, która zakochuje się w koledze z oddziału, czy też kłuci się z Anną o pożyczone bez pytania ubrania. Jednocześnie Anna czuje się bezustannie wykorzystywana do medycznych eksperymentalnych terapii siostry, które mają nie tyle uratować jej życie, ile je przedłużyć, a do tego zaniedbywana przez rodziców, którzy bez przerwy są przy Kate. Do rodzinnych nieszczęść dochodzi staczanie się na dno najstarszego dziecka Sary i Briana – Jesse’go. Chłopak przytłoczony sytuacją rodzinną wkracza na przestępczą drogę, kradnie samochody i podpala różne budynki. W tej sytuacji jedynymi wspierającymi ją osobami są pracownicy sądu rodzinnego – Campbell oraz Julia.

                Chociaż książka opowiada o tak poważnych sprawach jakimi jest śmierć i nieuszanowania woli drugiej osoby, to jednak nie brakuje w niej humoru. Szczególnie widać to w scenach, w których Campbell wymyśla kolejne zastosowania swojego psa. Trochę zaskoczył mnie koniec książki. Przyznam się szczerze, że nie wpadłam na takie zakończenie powieści, które jest na pewno dosyć  szokujące. Podobno został nakręcony film na podstawie tej książki. Cieszę się jednak, że najpierw sięgnęłam po lekturę. Przynajmniej nie zamazał mi się obraz tego wszystkiego, co napisano na tych 525 stronach. A Jodi Picoult weszła do kanonu moich ulubionych pisarzy.

55. „Życie i ewolucja biosfery” January’ego Weinera


Tytuł: „Życie i ewolucja biosfery”
Autor: January Weiner
Miejsce i rok wydania: Warszawa, 2006
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Liczba stron: 610
Moja ocena: 6/10

Nigdy nie przypuszczałam, że jakiś podręcznik tak mi się spodoba, że będę chciała coś pozytywnego o nim napisać, a nawet zachęcić innych do dobrowolnego przeczytania go. Jednak w przypadku pozycji napisanej przez Januarego Weinera, „Życie i ewolucja biosfery”, zrobię wyjątek. Miałam z niej przeczytać tylko jeden rozdział, jednak tak mnie zaciekawił, że dobrowolnie przeczytałam go całego. Podręcznik raczej jasno napisany. Duża jest tutaj zasługa tłumacza, który dobrał odpowiednie słowa do odpowiednich działów, z których każdy poświęcony jest innemu zagadnieniu. Ja, jako kompletny laik z dziedziny ekologii(mam nadzieję, że tego nigdy nie przeczyta ani moja pani od przyrody, ani żaden z nauczycieli biologii, bo chyba cofnęli by mi oceny) doskonale zrozumiałam większość zjawisk wiążących się z tą dziedziną nauki. Tekst został jasno i precyzyjnie napisany. Z jednej strony został użyty typowo naukowy język, z drugiej jednak opisy są tak skonstruowane, aby każdy zrozumiał o co w nich chodzi. Dodatkowo autor zamieścił sporo zdjęć, rycin, ilustracji i tabel, aby czytelnik jeszcze bardziej zgłębił swoją wiedzę. Osobiście nie jestem typem wzrokowca, jednakże wielokrotnie rzucałam okiem na ilustracje przedstawiające np. obieg wody w przyrodzie, czy też różnego rodzaju zależności pomiędzy żyjącymi organizmami. Dzięki książce zrozumiałam wreszcie wiele procesów związanych ze śmiercią organizmów, a także zainteresowałam się tematyką morską, która dotąd jakoś mało mnie obchodziła. Jednakże lektura nie zrobiła ze mnie pasjonata ekologii. Nie oznacza to jednak, że nie wyjaśniła mi wielu rzeczy, które dotąd były dla mnie nieistotne. Zwłaszcza tych, które dotyczą życia na naszej planecie.

54. „Czterdzieści siedem lat życia” Władysława Kluza


Tytuł: „Czterdzieści siedem lat życia”
Autor: Władysław Kluz
Miejsce i rok wydania: Niepokalanów, 2006
Wydawnictwo: Wydawnictwo Ojców Franciszkanów Niepokalanów
Liczba stron: 328
Moja ocena: 9/10

                Czy czterdzieści siedem lat życia to dużo, czy mało? W świetle ludzkiego myślenia mało. Wiele razy mijając tablicę z nekrologami słyszę biadolenie staruszek „Boże, zmarł w wieku czterdziestu siedmiu lat. Był taki młody. Jeszcze mógł pożyć”. Jednak w Bożym rozumowaniu to wystarczający czas, aby wykazać się zarówno heroicznością swoich cnót, jak i okrucieństwem wobec drugiego człowieka. Właśnie tyle, czterdzieści siedem lat, żyło dwóch niezwykłych ludzi – franciszkanin ojciec Maksymilian Maria Kolbe oraz twórca i komendant obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, Rudolf Hoss. Pierwszy z nich odznaczył się prawdziwą świętością decydując się na śmierć głodową w bunkrze w zamian za ojca rodziny, Franciszka Gajowniczka. Drugi wykazywać bezwzględność wobec osób przebywających w stworzonym przez niego piekle, bez mrugnięcia okiem wysyłał go komór gazowych nawet małe dzieci.

                O książce OCD Władysława Kluza, „Czterdzieści siedem lat życia”, usłyszałam podczas wielkopostnych rekolekcji w mojej parafii. Ksiądz rekolekcjonista tak ją zareklamował, że jeszcze tego samego dnia zamówiłam ją sobie w jednej z internetowych księgarni. Z niecierpliwością czekałam, aż kurier przyniesie ją do moich drzwi. Wreszcie po kilku dniach usłyszałam zbawienny dzwonek do drzwi, a po chwili trzymałam w dłoniach książkę w twardej, pięknej okładce przedstawiającej obydwoje jej bohaterów po dwóch stronach ogrodzenia oświęcimskiego obozu koncentracyjnego. Jednak czytelnik widzi tylko postać Maksymiliana Marii Kolbego. Rudolf Hoss jest przedstawiony jako cień człowieka, czarna sylwetka mająca na sumieniu tysiące niewinnych dusz.

                Autor podzielił biografię obu bohaterów na kilka rozdziałów obejmujących poszczególne dekady, bądź kilka lat z ich życia. Dodatkowo każdy okres czasu podzielono na rozdział A, odnoszący się do życia i działalności Rajmunda Kolbego, który w zakonie przyjął imię Maksymilian Maria oraz rozdział B, opisujący życie syna despotycznego ojca, Rudiego Hossa. Na początku ich życie wygląda podobnie – oboje pochodzą z katolickich rodzin, Hoss w dzieciństwie nawet służy do Mszy świętej. Wszystko zmienia się, kiedy ksiądz u którego spowiadał się chłopiec, idzie do jego ojca poskarżyć, że Rudi podłożył nogę szkolnemu koledze, przez co on złamał sobie nogę(co ministrant wyznał duchownemu podczas spowiedzi). Zdradzony chłopiec odsuwa się od kościoła. Po śmierci ojca wstępuje do wojska, podczas I wojny światowej. Po wyjściu z więzienia, w którym siedział za zabicie Waltera Kadowa, wstępuje do Związku Artamanów. Po 1933 roku zostaje skierowany do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie pracuje w oddziale wartowniczym oraz zarządzie obozu. Nabrawszy wprawy w kierowaniu takim przedsięwzięciu, 4 maja 1940 roku Rudolf zostaje mianowany komendantem nowopowstałego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który okazał się obozem śmierci. Tam spotkał się z niezwykłym franciszkaninem, Maksymilianem Marią Kolbe.

                Rajmund był od niego o sześć lat starszy. Chociaż urodził się w Zduńskiej Woli, dzieciństwo spędził w Łodzi i Pabianicach. Tam któregoś dnia modlącemu się Rajmundowi ukazała się Matka Boska. W rękach trzymała dwie korony – białą symbolizującą czystość i czerwoną, która oznaczała męczeństwo. Zapytała go, czy je chce. Chciał. Kilka lat później wraz z starszym bratem wstępuje do zakonu franciszkanów. Po ukończeniu edukacji w małym seminarium został wysłany na studia do Krakowa, a stamtąd skierowali go do Rzymu. Tam ukończył zarówno studia filozoficzne, jak i teologiczne. 28 kwietnia 1918 roku w Rzymie Kolbe przyjmuje święcenia kapłańskie. Przyjmuje wtedy imiona Maksymilian Maria. Po powrocie do wolnej Polski w 1919 roku postanawia, że ten kraj musi być królestwem Niepokalanej. Trzy lata później w Krakowie ukazuje się pierwszy numer Rycerza Niepokalanej. W 1927 roku w Teresinie, 42 kilometry od Warszawy, zakłada Niepokalanów. Kolbe pragnie poszerzyć swoją działalność i w 1930 roku wyrusza do Japonii, aby również tam założyć Niepokalanów. W 1931 roku zakłada tam nowicjat, a pięć lat później małe seminarium. Ojciec Maksymilian wraca do kraju. W czasie jego nieobecności jego dzieło podupada. Powoli udaje się je jednak podnieść. Kiedy wszystko wychodzi na prostą wybucha II wojna światowa. 19 września Niepokalanów zostaje zlikwidowany, a Maksymilian wraz z towarzyszami został umieszczony w obozie w Amtlitz, a następnie w Ostrzeszowie. Z tego ostatniego zostali zwolnieni 8 grudnia 1939 roku. Bracia wrócili do Niepokalanowa. Stamtąd został zabrany w dniu 17 lutego 1941 roku na Pawiak, a ponad trzy miesiące później przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tam pociesza współwięźniów, niejednokrotnie oddając im swoje racje żywieniowe. Swoje czterdziesto siedmio letnie życie kończy 14 sierpnia, kiedy po dwóch tygodniach spędzonych w bloku śmierci zostaje dobity zastrzykiem z fenolu. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, który miał umrzeć za innego więźnia, któremu udaje się uciec z obozu.

                Istnieje plotka, że Rudolf Hoss spotkał się z ojcem Maksymilianem. Miało to się stać, kiedy na początku sierpnia wybierał osoby, które miały zginąć śmiercią głodową. Jak było naprawdę nie wiemy. Wiemy za to, że Rudolf Hoss został stracony 16 kwietnia 1947 roku w miejscu, w którym straciło życie tyle istnień. Wiemy, że wcześniej siedział w wadowickim więzieniu, gdzie poprosił o spowiedź. Tutaj kończy się historia tych dwóch postaci, ale tylko na pozór. Bo oto autor przenosi nas w czasie do dnia 17 października 1971. Na Placu Świętego Piotra papież Paweł VI ogłasza nowego błogosławionego – franciszkanina Maksymiliana Marię Kolbego. Wśród zgromadzonych znajduje się ubrany w garnitur siwiuteńki jak gołąbek staruszek – to Franciszek Gajowniczek, człowiek któremu nowy błogosławiony uratował życie. Teraz odwdzięczył się swojemu wybawcy niosąc w Darach kielich z krwią. A zaledwie jedenaście lat później papież Jan Paweł II zaznacza podczas Mszy świętej kanonizacyjnej, że można o Maksymilianie Marii Kolbem mówić jak o męczenniku za wiarę.

                Piękna książka, napisana pięknym językiem. Żałuję, że tak mało osób potrafi tak wspaniale opowiedzieć historię niezwykłych ludzi. Bo zarówno Maksymilian Maria Kolbe, jak i Rudolf Hoss do takich należeli. Niestety, tylko jeden z nich pokazał to określenie w pozytywnym tego słowa znaczenia.

53. „Ojciec Giovanni – Jan XXIII”/”Jan XXIII. Papież pokoju” Giorgio Capitani’ego

Tytuł: „Ojciec Giovanni-Jan XXIII”/”Jan XXIII. Papież pokoju
Tytuł oryginalny: „Papa Giovanni. Ioannes XXIII” 
Reżyser: Giorgio Capitani
Główne role: Edward Asner, Massimo Ghini Claude Rich
Premiera w Polsce: 24 kwietnia 2014
Gatunek: Biograficzny, religijny
Czas trwania: 3 godziny
Moja ocena: 8/10

Kanonizacja Jana Pawła II nieco przyćmiła drugą kanonizację, która przypada tego samego dnia – papieża Jana XXIII. To o papieżu Polaku mówi się w mediach, to o nim puszczają filmy zarówno fabularne, jak i dokumentalne. O drugim przyszłym świętym są co najwyżej pobieżne wzmianki. Że był. Ale czy to wystarczy?

                Bardzo się cieszę, że Telewizja Polska puściła w dniach poprzedzających uznanie Jana XXIII za świętego, fabularyzowany film przedstawiający postać weneckiego kardynała Angelego Giuseppe Roncalliego, który po wyborze na papieża w 1958 roku, przyjął imię Jan XXIII.

                Akcja filmu rozpoczyna się w małej włoskiej miejscowości w końcu XIX wieku. Mały Angelo obserwuje biedę, która zmusza jej mieszkańców do masowej emigracji z miejsca zamieszkania. W tym samym czasie zaprzyjaźnia się z miejscowym księdzem, który otwiera przed chłopcem tajniki wiary katolickiej. W Angelo powoli rodzi się myśl, aby w przyszłości zostać księdzem i pomagać biednym i opuszczonym ludziom. Jego dziecięce marzenie z biegiem lat spełnia się. Angelo kończy kolejno gimnazjum, liceum i studia teologiczne. Dzięki swoim wynikom w nauce zostaje przeniesiony do papieskiego seminarium św. Apolinarego w Rzymie.

                Po otrzymaniu święceń  kapłańskich zostaje sekretarzem biskupa Bergamo, a z czasem zdobywa tytuł nuncjusza apostolskiego w Paryżu. W 1953 roku ówczesny papież mianuje go kardynałem oraz patriarchę Wenecji. 28 października 1958 zostaje wybrany na następcę świętego Piotra i przyjmuje imię Jana XXIII.

                Od tego momentu przez kolejnych 5 lat pełni funkcję najwyższego zwierzchnika w Kościele Katolickim. Okres trwania pontyfikatu zaskoczył niejednego, ponieważ z racji na wiek kardynała(w chwili wyboru na papieża miał  77 lat) sądzono, że będzie to pontyfikat przejściowy, trwający 2-3 lata. Jednakże tych 5 lat było niezwykle owocnych – papież odwiedzał chorych w szpitalach oraz osadzonych w więzieniach. Podczas jednej z rozmów z ministrantami, którzy służyli mu do Mszy stwierdził, że lepiej wyglądałoby odprawianie nabożeństw przodem do wiernych. Był to jeden z powodów zwołania Soboru Watykańskiego II. Apelował w nim również o sposób rozmawiania z ateistami oraz odprawiania liturgii w językach ojczystych.

                Niestety, nie dane mu było zakończyć obrad Soboru. Trwające od kilku miesięcy bóle żołądka były spowodowane rozwijającą się chorobą nowotworową. Umierający papież zdążył jeszcze napisać encyklikę, w której apelował o pokój na całym świecie oraz spotkać się z córką i zięciem Nikity Chruszczowa. Kobieta dostała wtedy od Głowy Kościoła piękny prezent – pomimo tego, że nie wyznawała katolicyzmu papież ofiarował jej różaniec. Zmarł tak jak żył, skromnie i z uśmiechem na ustach. Po drugiej zaś stronie czekał na niego mały chłopiec, który za rękę wprowadził go do Bram Raju.

                Zawsze wydaje nam się, że papieże muszą być poważni i srodzy. Przyzwyczailiśmy się do ciepłego uśmiechu Jana Pawła II. Jan XXIII też ujmował wszystkich pogodą ducha oraz dystansem do samego siebie. Podobnie jak Karol Wojtyła pochodził z miejscowości mieszczącej się w górach i podobnie jak on stracił rodzeństwo w dzieciństwie. Obaj papieże zostali wybrani w październiku, ich pontyfikaty dzieli 20 lat różnicy. A przede wszystkim oboje nie byli „pewniakami” konklawe.

                Cały film został wyświetlony w dwóch częściach. To dobrze, zważając na późną porę jego emisji. Bardzo podobała mi się gra głównego bohatera, Edward Asner. Widać było, że wczuwał się w powierzoną mu rolę. To dobrze, ponieważ nieraz zdarza się, że aktor nie ma nawet pojęcia, kogo ma grać. A wtedy rola nie wychodzi tak, jak powinna.